zablokowany
Posty: 2 strona: 1 z 1
zatrzymaj avki
Awatar użytkownika
26 y/o
185 cm
hello, it's me
Wyciąga ludzi z wody i zajmuje się końmi, a w wolnej chwili bawi się w ojca. Carpe Diem i brak umiejętności planowania do przodu jest u niego typowe, do tego zupełnie nie rozumie przepraszania za rzeczy, które zepsuł lata wstecz.
Jakoś to żyćko leci..

Post Matthew Hawthorne »

Hawthorne Matthew

imiona

Matthew Adam Joseph

nazwisko

Hawthorne

data urodzenia

15.04.94

miejsce urodzenia

Cape Coral Hospital

orientacja seksualna

Heteroseksualny

miejsce pracy

Bayside vale/the deep hollow horse ranch

stanowisko pracy

Ratownik/masztalerz, czasem instruktor

narracja

3os, czas przeszły
Luke Mitchell
impulsywny | wybredny | uparty | cierpliwy | dokładny | pamiętliwy | towarzyski | chaotyczny | realista | bywa arogancki | oddany | gadatliwy | niełatwo się zniechęca | ambitny na swój sposób | dobry przyjaciel | obsesyjny | punktualny | nocna sowa


Rozpuszczony, niereformowalny gówniarz, któremu wszystko wolno. Czy jak to tam mówiła moja wychowawczyni w szkole, praktycznie za każdym razem, kiedy trafiałem na dywanik. W dzisiejszych czasach pewnie zdiagnozowaliby mnie z jakimś ADHD czy inną, dziwną chorobą, o której nic nie wiem; może nawet przez to byłbym bardziej rozpuszczony, niż już jestem? Bo wszystko uchodziłoby mi na sucho, przez wzgląd na wieczne rozproszenie i brak umiejętności usiedzenia w jednym miejscu, czy skupienia się na jednej rzeczy na raz? Może. Mógłbym się pewnie tłumaczyć, że nie byłem takim najgorszym dzieciakiem; po prostu nikt nie rozumiał, że naprawdę ciężko mi było robić to, czego się ode mnie oczekiwało... Tak naprawdę wiedziałem doskonale, że moi rodzice byli zbyt zajęci prowadzeniem rancza, by przejmować się moimi głupimi wybrykami. Nie było z resztą tak źle. Po prostu miałem beznadziejne oceny, wszędzie było mnie pełno i szkoła stanowiła dla mnie miejsce bardziej do spotkań, niż do nauki. Uchodziłem też za całkiem popularnego dzieciaka, mimo że nigdy się o ten status nie starałem. Na dzień dzisiejszy myślę, że otrzymałem go przez wzgląd na bycie duszą towarzystwa; w tamtym wczesnoszkolnym okresie nawiązywałem znajomości na prawo i lewo. Nie obchodziło mnie, że chłopaczek z którym zakumplowałem się na boisku, był całkowitym przegrywem, który dbał jedynie o swoją kolekcję tazo z pokemonów. Ani czy dziewczynka, którą zaczepnie ciągnąłem za warkoczyki miała wianuszek koleżanek, uważających ją za jakiś rodzaj bogini czy innego wodza. Zwyczajnie zawsze lubiłem zawierać nowe znajomości, a im bardziej oryginalna dana osoba mi się wydawała, tym bardziej mnie do niej ciągnęło. Oczywiście pojecie "oryginalności" zmieniało mi się z wiekiem, płynnie, bezboleśnie i bez czynnego udziału mojej świadomości, ale chyba rzeczy tak po prostu działały.
Każdy dzieciak, który przechodzi okres buntu twierdzi, że wcale go nie przechodzi; ze mną nie było inaczej. Jakoś tak, byłem przekonany, że skoro nie ciągnęło mnie do egdy ubrań, nie nosiłem długiej po klatkę grzyweczki zasłaniającej mi trzy czwarte twarzy i nie przekłuwałem sobie uszu w szkolnej toalecie, to nie było żadnego buntu, nie? Nie miałem jakichś wielkich, drogich zajawek, na które moi rodzice mogliby stwierdzić "to tylko taka faza, kiedyś mu przejdzie", ani nie wyglądałem (chyba) jak dziwak. Byłem po prostu niesamowicie nieodpowiedzialnym smarkaczem, który wiecznie wagarował, a jeśli już łaskawie pojawiał się w szkole, jak zawsze, robił to tylko i wyłącznie dla towarzystwa. Popularność w tamtym okresie zawdzięczałem sobie, jak mniemam, ogólnie pojętej arogancji i zgrywaniem twardego gnojka (dobre sobie), który niczym się nie przejmował. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego inne dzieciaki uważały takie zachowanie za atrakcyjne, ale pamiętam, że przez jakąś chwilę byłem trochę jak Regina w Mean Girls. Oczywiście powiedziałbym wtedy, że wcale się o tą pozycję nie starałem, ale tak naprawdę wychodziłem z siebie, żeby utrzymać status quo. Nie zadawałem się już z byle kim (bo jak by to wyglądało?), dla niektórych bywałem wredny bez powodu, przebierałem w spotkaniach i małych imprezach, a dziewczyny z którymi się umawiałem musiały utrzymywać pewien standard. Głupie to wszystko było, nie mówię, że nie, ale na tamtą chwilę, wydawało mi się mieć głęboki sens. Tak samo jak nie ograniczanie się tylko do jednej dziewczyny; przecież moja ogromna osobowość wystarczała przynajmniej dla trzech, nie? Wciąż nie rozumiem, jakim cudem udawało mi się żonglować tymi biednymi panienkami, ale w większości przypadków nawet o sobie nie wiedziały.. A jeśli któraś się dowiadywała, po prostu kończyłem znajomość bez zająknięcia. Nie zwracałem na nie większej uwagi, nie traciłem czasu, żeby je poznawać, nie zawracałem sobie głowy, by ich słuchać; wszystkie wydawały mi się być kopią tamtej poprzedniej. Ładna twarz, bez osobowości, bez polotu, modny dodatek, jak pasek czy zegarek. Jeśli któraś z nich kiedykolwiek wykazywała się charakterem, po prostu to ignorowałem, nie chcąc się za bardzo przyzwyczajać do ich obecności. Kiedy myślę o tym teraz, ma to sens, że nigdy nie byłem zakochany. Wspomnienie szkoły średniej to wielka plątanina pierwszych razów, twarzy dziewczyn, zlewających się w jedno, chaotyczna, bezkształtna, głośna masa.
Nie wiem jak, ale skończyłem głupią szkołę bez najmniejszego zainteresowania dalszą edukacją czy jakąś dobrą pracą. Po co miałem się starać? Wszystkim dookoła mówiłem, że robię przerwę na cieszenie się wolnością i życiem. Kłamałem, że po prostu chcę się dowiedzieć, co chcę robić w życiu. Studia nigdy nie były opcją. Może jakieś niedługie kursy, ale wyższa szkoła zawsze wydawała mi się zbyt wymagająca; że niby miałbym bronić jakąś własną pracę na sam koniec? Nie, nie, podziękuję. Jedyne co skończyłem, to ratowniczy kurs; tylko dlatego, że panie ratownik wydawały mi się naprawdę hot, a kurs sam w sobie to była naprawdę dobra zabawa. Bieganie z samego rana po plaży, spędzanie w wodzie pół dnia, uczenie się jak wyciągać ludzi z wody tak, żeby samemu przy tym nie utonąć.. Dobra zabawa, która później też całkiem zaczęła się opłacać. Dorabiałem tylko wtedy, kiedy zaczynały mi się kończyć środki na zabawę. Głównie pilnowałem dzieciaków na basenach; opłacało się mniej niż taki prawdziwy, plażowy ratownik, ale było mniej wymagające. Mniejsza powierzchnia do pilnowania, oznaczała więcej czasu na siedzenie i nic-nie -robienie. Idealna robota, nie? Kontynuowałem też zmienianie dziewczyn jak rękawiczki, mimo że już nie chciało mi się bawić w prowadzenie kilku romansów na raz. Za dużo roboty, a kłamstwa wymagały dobrej organizacji; nie, zdecydowanie takie zabawy przestały być dla mnie. Za te lata bycia beznadziejnym człowiekiem, miliony kłamstw, przypadków w których po prostu wykorzystywałem ludzi wokół siebie; karma w końcu musiała mnie dopaść. Nigdy nie wierzyłem w takie rzeczy, czułem się niezniszczalny, bo co by się niby mogło stać, nie? Dbałem o własny tyłek, rzadziej bywałem wredny dla zasady, a fakt, że nie chciało mi się utrzymywać żadnej partnerki na dłużej niż kilka tygodni przecież o niczym nie świadczył.. Zabawnie przestało być, kiedy jedna z nich uświadomiła mnie, że nasze nie bycie bardzo ostrożnym zdało się na nic. Była w ciąży i nijak nie mogłem tego odwrócić; ani nie mogłem jej zmusić do pozbycia się niechcianego ciężaru, ani nie miałem na to środków. Rodzice w życiu by się nie zgodzili. Z początku chciałem zwiać, umyć ręce od wszelkiej odpowiedzialności, jak miałem z resztą w zwyczaju; czułem się definitywnie zbyt młody na poważne związki i jeszcze bardziej poważne ojcowanie. Świat płonął wokół mnie, a przynajmniej tak mi się wydawało, kiedy ważyłem swoje opcje i każda kolejna wydawała mi się bardziej beznadziejna od poprzedniej. Nie mogłem nigdzie uciec, wiedząc, że nie utrzymałbym się na własną rękę. Przez chwilę trzymałem się scenariusza, że to po prostu nie moje, więc nic nie muszę, ale prenatalny test całkiem prędko mi ten genialny pomysł skreślił. Bałem się nawet przyznać rodzicom; że jestem skończonym debilem i wpadłem z dziewczyną, której nawet nie znam nazwiska. Mogłem się też domyślać, że każą mi dorosnąć i wypić co naważyłem, a jedyne co udało mi się wybłagać, to finansowe wsparcie, przynajmniej na początek. Przydało się przy wpłacaniu kaucji za mieszkanie i kupowanie najbardziej podstawowych, potrzebnych dla nienarodzonego gówniaka rzeczy. A później musiałem sobie radzić sam. Dziewczę, z którym wylądowałem w zdecydowanie zbyt małym mieszkaniu nie ułatwiało mi wcale życia. Wiem, że nie powinienem narzekać, w końcu ona też nie chciała mieć ze mną zbyt wiele wspólnego; nie mogłem jednak nie zauważać, że zrobiła sobie ze mnie roboczego woła, tłumacząc się ciążą. Byłem zmuszony chwytać się każdej zleceniówki, jaka wpadła mi w ręce, pracowałem praktycznie na trzy zmiany; z jednej pracy jechałem do kolejnej, z tej drugiej do trzeciej, nocnej, w której na szczęście mogłem się chwilę przespać. W domu bywałem rzadko, to mieszkanie było trochę hotelem, do którego wpadałem, żeby wziąć prysznic i się przebrać, a jeśli miałem szczęście, to chwilę przespać. Nie miałem nawet siły się kłócić, kiedy panna wygodnicka wyciągała rękę po moje ciężko zarobione pieniądze. Po co się miałem kłócić? Łudziłem się, że może znajdzie jakąś pracę i weźmie trochę moich obowiązków, jak już urodzi; kłamstwo, którym się karmiłem za każdym razem, kiedy miałem serdecznie dość.
Sophia jest moją pierwszą i jedyną miłością; o tym byłem przekonany dokładnie w momencie, w którym pierwszy raz wziąłem ją na ręce. Pamiętam dokładnie moment, w którym tak jakby rozpadłem się na kawałki i złożyłem na nowo, w kogoś zupełnie innego; w jednym momencie przestało mieć znaczenie wszystko co porzuciłem lub co straciłem w przeszłości, a cały świat miałem w dłoniach. Lepiej mi się pracowało, wiedząc, że to dla niej. Łatwiej mi się wstawało i uparcie parło do przodu, łatwiej ignorowało jej matkę, żeby nie wdawać się w niepotrzebne nikomu dyskusje i kłótnie. Swoją drogą, nie, nigdy nie starała się szukać pracy; znalazła sobie za to sponsora. Pamiętam trochę niewyraźnie, że próbowała się jakoś głupio tłumaczyć; coś o tym, że wiecznie mnie nie ma, że ledwo wiążemy koniec z końcem, że jest zestresowana byciem matką na cały etat w domu.. Nie słuchałem zbyt dokładnie. Byłem po pierwsze, zbyt zmęczony, a po drugie, naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Właściwie miała rację; łączyła nas tylko ta mała, której ona wyraźnie nie chciała. Życie, niektóre matki wcale nie chcą być matkami. Sytuacja rozwinęła się całkiem szybko, pamiętam, że wróciłem do rodzinnego domu, że rodzice pomogli mi załatwić te papierkowe kwestie.. Szczerze, nie pamiętam, czy w końcowym efekcie udowodniliśmy, że jest zbyt nieodpowiedzialna, żeby zajmować się małą, czy o co to chodziło; w tamtym okresie zacząłem mieć problemy ze zdrowiem. Duszności, ucisk w klatce piersiowej, sporadyczne zawroty głowy bez wyraźnego powodu.. I gdyby nie fakt, że byłem jedynym rodzicem dla Sophii, pewnie bym to zignorował. Na dzień dzisiejszy muszę jedynie pamiętać o zażywaniu swoich cukierków na serce; okroiłem też znacznie swoje zabieganie. Na stałe pomagam przy rodzinnym interesie, zajmując się końmi i stajnią generalnie, a dorywczo pilnuję ludzi na plaży; na coś jednak ten ratowniczy kurs się przydał. Staram się trzymać diety, ćwiczę.. Dbam o zdrowie, generalnie, żeby nie zostać zmuszonym do odwiedzania swojego kardiologa częściej, niż na kontrole i przepisanie kolejnych paczek leków. Przestałem się bawić w związki na pięć minut i właściwie muszę stwierdzić, że wcale za nimi nie tęsknię. Mam już swoją ulubioną dziewczynę, a na samotność nie mam zwykle czasu.

Nigdy się nie spodziewał, że praca na rodzinnym ranczu będzie mu sprawiać tyle przyjemności. Nie, żeby się do tego przyznawał na głos, oczywiście, ale zajmowanie się końmi całkiem go uspokaja. Zdarzyło mu się też raz czy dwa uczyć jazdy; stwierdził jednak, że do tego się nie nadaje.
Tego, że nadaje się do bycia tatą, też by się nie spodziewał. Sophia skończyła we wrześniu trzy latka i jest jego ulubioną osobą. Zaskakuje go na każdym kroku, jest najlepsza w wymyślaniu zabaw i dokładnie tak samo jak on, potrafi się zafiksować na punkcie jednego tematu na długie tygodnie. Zwykle bajka czy książka na dobranoc.. albo konkretny odcinek kreskówki.
W ramach dbania o swoje serce, przerzucił się z kawy na yerbę.. I mimo, że z początku miał opory, musi przyznać, że to była jedna z lepszych decyzji. Może handlować z byciem hipsterem ze swoją magiczną trawą w pękatym kubeczku.
Zapracowanie weszło mu w krew i często łapie się na tym, że nie lubi mieć wolnego. Momenty w których jego mała akurat ma czas drzemki, a on nie wie co ze sobą zrobić; bardzo ich nie lubi i całkiem się cieszy, że w stadninie jest zawsze coś do zrobienia.
Karmi okoliczne bezpańskie koty. Codziennie o tej samej porze, późnym wieczorem, wystawia tej bandzie obdarciuchów jedzenie. Przyzwyczaiły się już tak bardzo, że nawet gdyby zdarzyło mu się zapomnieć; siedziałyby w odpowiednim miejscu i darły pyszczki jakby ktoś obdzierał je ze skóry. Nie pamięta już nawet kiedy stało się to wieczornym rytuałem ani dlaczego, ale ani on, ani koty nie narzekają.
Nie trzyma w sobie żalu, tak z zasady, generalnie; ani do siebie, ani do innych. Nauczył się zostawiać przeszłość w przeszłości, nie zadręczać tym jaki kiedyś był.. Ale też nie robi nic, żeby naprawiać swoje błędy. Wychodzi z założenia, że czasu i tak nie cofnie, a gdyby chciał przeprosić każdą osobę, dla której był wredny, to by mu życia zabrakło.
Doskonale wie, że się zmienił. Może nie jest teraz mądrzejszy czy bardziej rozsądny; dalej tak samo impulsywny, tak, ale mimo wszystko podejmuje bardziej dorosłe decyzje, a co ważniejsze, już od nich nie ucieka. Branie odpowiedzialności nadal nie przychodzi mu z łatwością, ale przynajmniej teraz nie stawia się w skrajnych sytuacjach. Uspokoił się. Zdziadział? Może.
Na piwo czy dwa ze starymi znajomymi tak czy siak wyskoczy. Znajduje się w całkiem komfortowej sytuacji, w której rodzeństwo może rzucić okiem na jego córę na te kilka godzin. Tak czy siak, nie jest już aż tak rozrywkowy jak kiedyś, nie upija się do przytomności, a przynajmniej już dawno nie widział powodu czy sensu, żeby to robić. Chyba rzeczywiście zdziadział.
Nadal lubi spędzać czas w grach; zwykle w nocy, kiedy już za późno na pracę, Sophia śpi, a on, jak zwykle, nie może. Nie ma teraz już aż tyle czasu, co kiedyś, ale wciąż lubi sobie postrzelać od czasu do czasu, albo pobiegać z siekierką po wsi.
Gdyby mógł się cofnąć w czasie i jednak zainwestować bardziej w swój rozwój, zostałby medycznym ratownikiem. Niby nigdy nie jest za późno na powrót do szkoły; Matt uważa że jest na to za stary i nie odnalazłby się już.. A poza tym, nigdy nie był dobry w uczeniu się? Każda wymówka jest dobra.
MIEJSCOWY outlanders
Przeżyłem koniec świata w styczniu 2021 roku BOGATE CV NA DIECIE Kocham zwierzęta Mam słabe serce

Awatar użytkownika
00 y/o
000 cm
hello, it's me
<3

Post Hope Valley »

Twoja karta została zaakceptowana!


Cieszymy się, mogąc Cię gościć w Hope Valley. Prosimy, czuj się u nas jak w domu! Aby ułatwić Ci rozpoczęcie rozgrywki, przygotowałyśmy listę tematów, które powinieneś odwiedzić w pierwszej kolejności:
> relacje zapewnią Ci niekończące się możliwości rozwoju postaci;
> telefon pozwoli Twojej postaci kontaktować się z przyjaciółmi;
> w kalendarzu możesz porządkować swoje rozgrywki, by już zawsze pamiętać o odpisach.

Koniecznie zerknij też do forum z odznakami i wybierz te, które chciałbyś zobaczyć w swoim profilu! I pamiętaj — w razie jakichkolwiek wątpliwości, nie wahaj się z nami kontaktować!
miejscowypowodzenia!
WŁADZA BĄBELEK - dla każdego, z okazji Dnia Dziecka 2020! SŁODKIEGO, MIŁEGO ŻYCIA - dla każdego, z okazji trzech miesięcy aktywności forum! Przeżyłem koniec świata w styczniu 2021 roku