nowy post
Posty: 10 strona: 1 z 1
zatrzymaj avki
lokatorzy: Lee Callaghan
Awatar użytkownika
32 y/o
160 cm
hello, it's me
I lost myself when you turned away from me, When you said that I wasn't your life anymore. I wanted to be your future, your greatest joy. Instead time has buried my plans, buried my desires, Has turned me old, and turned me bitter And left me here in the dark alone.

Post Lee Callaghan »

Była rozżalona i pełna goryczy w związku z tym, co się stało. Nie potrafiła pojąć tego, jak działał świat.
Właściwie, to nawet nie chciała. Zabierał tych, którzy byli wspaniałymi ludźmi, pozostawiając dookoła same ochłapy. Parszywe jednostki, które marnotrawiły potencjał życia, trwając w złych uczynkach – czyniąc ziemię obrzydliwym tworem. Rakiem, który każdego dnia przyczyniał się do upadku ludzi, istnego zezwierzęcenia, czyniąc ją folwarkiem zwierzęcym, gdzie każda jednostka była świnią.
Lenore jeszcze do niedawna żyła w przeświadczeniu, że to co wydawało się być jedynie serią niefortunnych zdarzeń, w rzeczywistości było pierwszymi krokami do polepszającej się sytuacji. Różowe okulary z nosa zostały strącone całkiem niedawno. I choć zegar wraz z dziadkiem czasem brnęli do przodu, ona miała wrażenie, jakby było to wczoraj.
Miami było pochmurne tego wieczoru, obwieszczając światu zbliżającą się tragedię, lecz ludzie mieli to do siebie, że byli ślepi na znaki. Niekiedy do tego stopnia, że udawaliby, iż nic się nie dzieje nawet wtedy, kiedy potknęliby się o prawdę, która stałaby na ich drodze. Callaghan nie wybijała się przed szereg tych, którymi w tej chwili tak bardzo pogardzała. Była ślepa, nawet wtedy, kiedy lekarze nie dawali jej przyjaciółce szans na dożycie pół roku. Była w stanie brnąć w te zaułki absurdu, odmęty przypominające niepoczytalność, byleby tylko Lilia uwierzyła, że niemożliwe nie istniało; że wszelkie ograniczenia istniały w jej głowie. Ciężka jednak była to walka, kiedy główny zawodnik poddał się na samym starcie, prawda? Kiedy to ktoś inny zagrzewał go do stawiania kolejnych kroków, bo było warto, dopóki oddech rwał się w płucach, dopóki choroba poddawała się naporom lekarzy i chemii, dopóki…
Bentley siedział w fotelu, który znajdował się w rogu pokoju. Właściwie, to jeśli spojrzeć na to odrobinę bardziej dokładnie, to zsuwał się, znajdując się coraz bliżej podłogi. Biała koszula uniosła się na brzuch, odsłaniając pępek i wbijający się w płaski brzuch pasek. Jego oczy wpatrywały się tępo w buczący telewizor, co kilka sekund szkląc się od łez. Czerwony nos poruszał się jak u królika, starając wciągać to, co wydostawało się z niego w zatrważającą prędkością. Wyglądał tak, jakby przytłoczony emocjami i stratą, stracił możliwość panowania nad własnym ciałek lub co gorsza, grawitacja go przygniotła.
- Co z nim teraz będzie? – zapytał ktoś z wąskiego grona przyjaciół zmarłej, nalewając do szklaneczki odrobinę szkockiej. Lee zmarszczyła brwi, odrywając wreszcie oczy od kupki nieszczęścia w kącie, aby przenieść je na Thomasa, który najwyraźniej do serca wziął sobie życzenie schlania się w trupa na stypie.
- A co ma być? – zapytała, oblizując usta koniuszkiem języka. Tom podsunął jej szklaneczkę niemalże pod nos. Gdyby posiadał takie moce, tak niewątpliwie rozerwałby jej szczękę i wlał zawartość na dno żołądka.
- No przecież on nie ma nikogo, nie? -
- Właśnie, Lee. Dziadkowie wykluczyli ich ze swojego życia, a ojciec… - zaczęła Dani, opierając łokcie na papierowej serwecie. Callaghan wiedziała. Ojciec miał poniżej godności (w dupie dla dociekliwych) zajmowanie się synem i kimś, kogo kochał. Wolał wygodną posadkę w Europie. Pozbawioną wszelkich zobowiązań.
- Na razie posiedzi u mnie. Dopóki nie – Thomas przerwał jej w połowie zdania.
- Nie skończy pełnoletności? Stara, tobie kwiatki schną, a co dopiero jak miałabyś zostać mamą! -
- Schną mi nie dlatego, że o nich zapominam, a dlatego, że nie mam czasu! – odparowała pospiesznie, zaraz dostrzegając sedno problemu.
I to nie w nastolatku, a raczej we własnej pracy.
- Coś wymyślę. Lilliana chciała, abym się nim zajęła. Przynajmniej trochę – głos stracił na pewności, pozostawiając po sobie dziwne uczucie, którego jeszcze nie potrafiła rozszyfrować. Dlaczego więc tak bardzo przeczuwała, że to nie koniec jej zmartwień?


Stanley Hauptmann
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV Gram na skrzypcach Mam czarny humor Często wyjeżdżam służbowo

Awatar użytkownika
34 y/o
178 cm
hello, it's me
Once you choose Hope, everything is possible.

Post Stanley Hauptmann »

- 1 -


Nie wyrywał się przed szereg pozostając raczej na szarym końcu w trakcie całego pogrzebu. Nigdy nie był wierzący, a zerkając na poszczególnych ludzi, którzy rwali się do pierwszych ław, jakby dzięki temu mogli być bliżej swojego Boga, jakby ten w ogóle zechciał stanąć przy ramieniu kaznodziei, miał ochotę parsknąć. Stłamsił odgłos w gardle, ocierając krótko wargi o siebie i zaciągając się przez nos. Sądził, że Lil też uważała to za szopkę. Mógłby przysiąc, że pogardzała tym wszystkim równie mocno, co on.
Ludzie się zmieniali.
W obliczu śmierci, kiedy przychodzi im się rozliczyć z własnego sumienia i grzechów, wielu zmieniało swój tok myślenia. Zastanawiał się, kiedy odmieniło się Hummel.
Nie papugował ruchów gawiedzi. Wielu z nich pogrążonych w żałobie najpewniej w ogóle nie zwróciłoby na niego uwagi, nawet gdyby stał tuż obok. Słuchał opowiastek o tym, jaka była kobieta, w niektórych z nich widząc swoją Lil, a przy innych unosząc lekko brew w nieznośnym niedowierzaniu. Do świeżo zakopanego grobu podszedł dopiero w momencie, gdy wszyscy się rozeszli - nie ośmielił się wcześniej.
Dziwnie było znowu ją stracić, kiedy ledwo co ją odzyskał. Bolał go żołądek, drżące nie z zimna a z dziwnego przejęcia ciało owładnęło zupełnie nowe odczucie. Czuł się całkowicie bezwładnie. Nie runął na ziemie tracąc panowanie nad mięśniami, ale nawet gdyby zależało od tego jego życie, nie potrafiłby się ruszyć z miejsca. W końcu przetarł twarz skupiając się na oczach, które potarł mocniej. Pod powieki cisnęły się łzy - powstrzymywał je cichymi chrząknięciami, zgrzytaniem zębami, unoszeniem jasnego spojrzenia ku niebu. Chmury kłębiły się w gęste, ciężkie stada. Groziły deszczem, pozwalając chłodnemu wiatru hulać przy ziemi; poruszał jego płaszczem, wślizgiwał się pod materiał muskając ciepłą skórę kojącym całunem.
- Do diaska, Lil - poderwał sylwetkę do tyłu, trochę zbyt gwałtownie by nie zdradzić zdenerwowania. Tego, jak mocno dotknęła i jego owa śmierć.
Usiadł na jednej z ławek przed cmentarzem wypalając pół paczki. Papieros za papierosem, popiół brudził eleganckie spodnie, kolejne niedopałki gromadziły się górką obok buta. Udeptywał je mimowolnym ruchem stopy, a od nadmiaru dymu robiło mu się niedobrze. Żołądek kurczył się bardziej, nieprzyjemny posmak w ustach nie był w stanie stracić na intensywności niezależnie od tego ile rany zebrał ślinę i splunął na ziemię. Wiatr targał męskimi włosami coraz mocniej - zbierało się na deszcz, a on tylko na to czekał.
W deszczu nie widać łez. Ale nie było mu dane płakać tego dnia.
Odór dymu wżarł się nazbyt mocno we włókna gryząc się z wodą kolońską i perfumami, tocząc z nimi zawziętą batalię. Podobna odbywała się w głowie, kiedy wchodził do mieszkania, w którym odbywała się stypa. Nie był pewny czy był to dobry pomysł, pojawiać się tutaj, teraz, ale nie należał do osób tchórzliwych, a tym bardzie nie podkulał pod siebie ogona, pozwalając wystraszyć się innym. Wyprostował plecy - niezależnie od tego, jak bardzo tego nie chciał - i uniósł głowę, sięgając po serwowany alkohol, aby zamoczyć w nim usta. Tylko tego brakowało. Stanął w progu obserwując syna, który odzwierciedlał to, co działo się w umyśle Stana. I nie zwracając większej uwagi na otaczających go ludzi, wszystkich obcych - tak jak i on był dla nich wszystkich obcych.
Oprócz Bentleya. Z nim już zdążył zamienić kilka słów. A raczej starał się, kiedy obrywał w twarz potopem gorzkiego żalu.
Powinien podejść? Zebrać go z ziemi? Powinien pozwolić mu rozpaczać? Nie drgnął, biorąc kolejny łyk.

Lee Callaghan
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
32 y/o
160 cm
hello, it's me
I lost myself when you turned away from me, When you said that I wasn't your life anymore. I wanted to be your future, your greatest joy. Instead time has buried my plans, buried my desires, Has turned me old, and turned me bitter And left me here in the dark alone.

Post Lee Callaghan »

Im bliżej było ludziom do śmierci, tym bardziej żarliwie łapali się czegoś, co mogłoby przedłużyć ich życie - nawet jeśli miałoby nosić to miano życia wiecznego. Chcieli wierzyć, że śmierć będzie jedynie początkiem, że to wszystko co kreowali do tej pory nie pójdzie na marne. Przerażała ich myśl, że po tym, jak zamkną oczy na zawsze, nic więcej ich nie spotka - że pozostanie jedynie czerń i ciemność, że urwie się film;
Że to będzie koniec.
Bywały dni, kiedy Lee myślała o tym znacznie częściej, niż by chciała się do tego przyznać. Łapała się na rozmyślaniach o przemijaniu i marnotrawieniu czegoś tak cennego, jak życie. Zastanawiała się, czy to wszystko ma sens oraz jakie to uczucie, kiedy powoli odchodzisz w niebyt. Czy było to podobne do snu? Czy bolało? Czy dusza istniała? Czy było coś więcej? Chciała wierzyć, że tak, że był to zaledwie początek drogi dla duszy, która to opuszczając jedno ciało, trafiała do drugiego.
Chciała, ale nie mogła.
Dla niej świat kończył się wraz z zamknięciem oczu, a ciało było jedynie kilkoma związkami, które zasilą glebę. Dla niej było to tym, o czym opowiadał Mufasa w bajce dla dzieci: kręgiem życia. Było to smutne i przerażające, trwać z myślą, że wszyscy, których kochała, a którzy odeszli, tak po prostu przestali istnieć. Z dnia na dzień urwała się ich historia. Zniknęła bezpowrotnie.
Życie bez Lilly było nieznośne. Dziwnie czuła się, kiedy telefon nie wibrował, zasypując ją od rana licznymi wiadomościami. Nie wstawała z pomrukiem dezaprobaty dla coraz to nowszych pomysłów przyjaciółki. Hummel była nieprzewidywalna. W jednej chwili potrafiła podjąć decyzję, by przenieść się na drugi koniec kraju, bo wyczytała, że znajduje się tam coś fascynującego. Wydzwaniała w nocy i brała taksówkę, aby przemierzyć odległość dwustu kilometrów tylko po to, aby popatrzeć na wrzosowiska. Była wspaniała, pełna życia, była naturalna, autentyczna. Nawet wtedy, kiedy zaczęły wypadać jej włosy, a port do chemii palił pod skórą żywym ogniem. Nawet wtedy, kiedy wymiotowała i kiedy jej skóra zrobiła się prawie przezroczysta.

Teraz już nie żyła.
Była tylko pustka i głucha cisza.
Wszystko było bez znaczenia.

Wzrok blondynki ponownie przeniósł się na fotel w rogu pomieszczenia. Z troską owiał umęczoną sylwetkę chłopca, któremu wiek dojrzewania wyrządził najgorszego z możliwych psikusów. Patrząc na zaognione od emocji oczy, na sińce pod nimi, czy lekko rozchylone wargi, po których to kapały skroplone uczucia. Przyglądała się tej kupce nieszczęścia, tak samotnej we własnych troskach i drodze, że nie zwróciła uwagi na to, że dokładnie to samo robił ktoś inny.
Nie widziała go ani tutaj, ani na pogrzebie. Zasiadając w podobnym miejscu co on, czyli w ostatnich nawach sanktuarium nie była w stanie oderwać wzroku od mahoniowej trumny otoczonej wieńcami białego kwiecia. Opuszki palców skubały struny skrzypiec w nerwowych taktach, jakie rozgrywały się w głowie na myśl, że będzie to ostatni koncert, który jej przyjaciółka jeszcze usłyszy - lecz tylko połowicznie, gdyż odcięta została od życia. Nawet wtedy, kiedy wstała i zniknęła gdzieś na uboczu, aby nieść pieśń pożegnalną, nie potrafiła patrzeć na ludzi. Bo prawdopodobnie dostrzegłaby w nich lustro własnych uczuć.
Historię opowiedzianą przy pomocy instrumenty, Lenore pamiętała jak przez mgłę. Jedyne na czym skupiała się w tamtym momencie, to opanowanie drżącego smyczka. Nie hamowała łez, wydostających się spod przymkniętych powiek, pozwalając im płynąć swobodnie po policzkach i niknąć w okowach czarnego płaszcza. Pozwalała sobie na to, by ciało poruszało się w rytm melodii przeznaczonej dla niej. Dla jej przyjaciółki. Chciała przekazać wszystkim obecnym to, czego doświadczyła za życia; że bez względu na wszystko, nie spuszczała gardy robiąc to raz.
Raz na zawsze.
- Ej, kim jest ten gość? - zagaił Thomas w konspiracyjnym szepcie, kiwając głową w stronę nieznajomego. Niekiedy bywał irytujący. Wiedziała, że życie musi iść dalej, że świat nie stanął w miejscu ani na sekundę, lecz drażniła ją myśl, że wszystkim przychodziło to tak łatwo. Tak jakby jej śmierć znaczyła tyle co nic. Jakby była niczym ważnym, nad czym należało pochylić głowę i zachować się w odpowiedni sposób. Było to niszczeniem porządku, w którym żyła. Zaburzało jej spojrzenie na świat i nie pozwalało przeżyć żałoby w odpowiedni sposób. Zmuszało ją do tego, aby oderwała się od smutku i myśli o niej na rzecz kogoś innego. Czuła się winna kiedy to robiła, a także i odczuwała wyrzuty sumienia, że nie umiała wymusić tego na innych. W tym na Tomie.
- Może to jakiś daleki krewny? -
- Może, słyszałam jak rozmawiał przez telefon. Miał inny akcent. Taki sztywny - wtrąciła Beth, odpalając papierosa i zadymiając pomieszczenie przy pomocy jednego, solidnego wydechu. Z niechęcią spojrzała w tamtą stronę. Na odzianego w garnitur mężczyznę, który stał na uboczu i wgapiał się w chłopca. Zmierzyła go od stóp do głów, zauważając starannie ułożone mankiety białej niczym śnieg koszuli oraz dopasowany, czarny krawat. Dostrzegła, że jest on prosty, a nie typowy jak te, które nosił Tom czy James. Przypominał trochę krój młodzieżowy, który miał Bentley. Czy tylko na tym kończyły się podobieństwa? Czy może nie potrafiła dostrzec czegoś ponad to? A może właśnie widziała ich całą gamę, lecz wszystko zrzuciła na garb odzienia, a nie więzów krwi.
Wydawało jej się, że przecież one istnieć nie mogły. Bo ojciec nastolatka pozostał w odległych krajach, o których słyszała tylko z opowieści Lilly i nigdy nie byłaby skłonna przypuszczać, że pofatyguje się na pogrzeb i stypę.
Nie po tym, co zrobił. Jak zostawił ją samą na długich trzynaście lat, przerażoną trudami macierzyństwa i samotnego wychowywania ich nieplanowanego szczęścia. Lil najprawdopodobniej przewracała się w grobie na myśl, że Stanley postawił kroki w jej bezpiecznym miejscu i tak jak pozostali, nie przypuszczałaby, że ten weźmie sobie do serca napisany przez nią list i tu przyjedzie.
Nikt w to nie wierzył, dlatego też absolutnie nikt nie dopuszczał do siebie takiego scenariusza. Myśleli o wszystkim, ale nie o tym.
Dlatego też zamilkli na moment, zastanawiając się kim był tajemniczy gość, buszujący pomiędzy butelkami alkoholu, milczący i smutny. Jak dobrze znał zmarłą oraz kiedy widzieli się po raz ostatni. Gdzie się poznali? I dlaczego, do jasnej cholery, nigdy o nim nie wspomniała?
Lee chrząknęła nie przeczuwając tego, że brunet był tutaj, aby wywrócić ich świat do góry nogami.


Stanley Hauptmann
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV Gram na skrzypcach Mam czarny humor Często wyjeżdżam służbowo

Awatar użytkownika
34 y/o
178 cm
hello, it's me
Once you choose Hope, everything is possible.

Post Stanley Hauptmann »

Zdecydował się podejść. Nie mogło być ani lepszego, ani gorszego momentu niż ten. Zresztą, nie miał żadnego przywileju do wybrzydzania, musiał brać sytuację taką, jaką była.
- Nie sądziłam, że Lil miała takich znajomych - kobieta wysunęła się zza jego ramienia trzymając w dłoniach dwie szklanki wypełnione whisky. Bursztyn, jak spokojne morze, obijał się o szkło wraz z ruchem jej ciała by znieruchomieć, kiedy i ona przystanęła przy nim. W pierwszej chwili nie spojrzał na nią nie spodziewając się, że te słowa są skierowane w jego stronę. Dopiero wysunięcie z jego dłoni pustego naczynia i podsunięcia kolejnej porcji sprawiło, że przeskoczył wzrokiem na kobietę zaciskając palce na podarowanym trunku. Obdarowała go uśmiechem - nie szerokim, bo taki byłby obecnie w złym smaku. Skrojony na potrzebę sytuacji, unosił ledwie kąciki warg uwydatniając maleńkie dołki w policzkach.
Wciąż oswajał się z zadziwiająco bujną mieszanką kulturową, którą był zalany Nowy Kontynent. Dawniej, jako dzieciak nie przepadał za Stanami - ironicznie, jak za swoim imieniem - co w najintensywniejszych momentach zaczęło podchodzić pod rasizm. Z czasem z tego wyrósł, co nie zmieniało faktu, że wciąż był nieco.. ograniczony. Miał przed sobą Afroamerykankę o dość hojnych kształtach, co odkrył mimochodem, kiedy dźwignął naczynie i sprawdził czym go częstowała.
- Zauważyłam, że lubisz. Najczęściej po to sięgasz - aż dwa razy, chciał sprecyzować. Na szczęście powstrzymał się na chwilę przed tragedią. Podziękował ledwie skinieniem głowy upijając łyk. Nadzieja na to, że ta poczuje się zlekceważona została zmiażdżona bez żadnego zająknięcia kiedy zamiast odejść, dalej przy nim stała samej mocząc wargi w trunku. Nie miała zamiaru łatwo się spłacić. Nie pozwalała jej na to kobieca duma. -Wiesz co zawsze fascynowało mnie w pogrzebach? Ile ludzi nagle przypominało sobie o istnieniu takiej osoby, chociaż wcześniej zamieniali z nią ledwie słowo w ciągu całego roku.
- A wiesz co mnie fascynuje? - podjął w końcu rozmowę, na co aż zabłysnęły jej oczy. Głęboki głos pieścił kobiece uszy, spojrzenie czujne, świdrujące jakby na wylot było jednocześnie niepokojące, ale i fascynują; i całe jej. Skinęła głową, by zachęcić go do zdradzenia swoich myśli. Nie omieszkał tego zrobić. - Nigdy nie wiesz, kiedy odbędzie się twój - nawet pochylił się lekko w jej stronę i był to jedyny teatralny gest, na jaki się zdobył. Wyraz twarzy utkwił w dziwnej zadumie, wargi nie wykrzywiły się choćby w drwinie. Brzmiał całkowicie poważnie, nawet jeśli tylko żartował. Kobieta zamrugała - okazała się całkiem bystra bo tyle wystarczyło, by zrozumiała, że zdecydowanie źle zaczęła tę rozmowę. Mruknęła coś pod nosem i odeszła.
Dopiero wtedy pochwycił spojrzenie Lee i grupki, z którą stała. Podobne spojrzenia towarzyszyły mu od kiedy tylko wszedł do domu, więc i im lekko skinął głową na powitanie. Ostatecznie wrócił spojrzeniem ku młodzikowi.
I ruszył w jego stronę po drodze odkładając pustą już szklankę.
- Hej, Młody. Spróbuj usiąść na fotelu, co? - gdyby miał przed sobą psa wiedziałby co zrobić. I zrobiłby to dobrze. Obchodzenie się z ludźmi, zwłaszcza w żałobie, wychodziło mu.. Cóż. Fatalnie.
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
32 y/o
160 cm
hello, it's me
I lost myself when you turned away from me, When you said that I wasn't your life anymore. I wanted to be your future, your greatest joy. Instead time has buried my plans, buried my desires, Has turned me old, and turned me bitter And left me here in the dark alone.

Post Lee Callaghan »

Postanowił podejść.
Ile minęło lat? Ileż to straconych rozmów, ciepłych dialogów nie dojdzie już do skutku? Miast stanąć przy boku ukochanej, tej jedynej, jego nogi skierowały się do grupki osobliwych znajomych. Głos grzązł w gardłach tych, którzy stracili tę jedyną. Pierwszą i ostatnią szansę na rozmowę. Przyjaciółkę, kobietę swego życia. Kogoś, kto w sercu odcisnął swoje inicjały; wrył się na dobre.
I nikt nie będzie w stanie go zastąpić.
Nie podobała jej się ta konstrukcja. Z niechęcią spoglądała na własne myśli, które usilnie próbowały przebić się przez mury zaprzeczenia. Wciąż chciała wierzyć, że Lilly wejdzie do domu, głośno przy tym marudząc na dzisiejszą pogodę. Jak zwykle trzaśnie drzwiami tak mocno, że zdjęcie filharmonii na najbliższej ścianie zadrży ze strachu, że zaraz obali się w nicość. Klucze zabrzęczą, kiedy odrzuci je na blat niewielkiej szafy, a następnie właduje się na stypę. Dałaby wszystko, aby móc ją usłyszeć. By zasiadła z nimi przy stole i wychyliła szklaneczkę dobrej whisky, którą zakupiły na specjalną okazję; och, Lenore zrobiłaby wszystko, by ta okazja nie okazała się pogrzebem jednej z nich. Może na okoliczność ukończenia przez Bentleya pełnoletności? Albo spotkanie tego jedynego przez jedną z nich? A może specjalną okazją byłoby najzwyklejsze utopienie smutków? Ileż to razy siadały w ogrodzie, w wiklinowych sofach. Przed chłodem skrywały się pomiędzy materiałami przydużego koca zakupionego w ikei. Narzekały na to, że drapie w odsłonięte przez ubrania miejsca. I po prostu były. Toczyły rozmowy pod osłoną gwieździstego nieba, którego gwiazdy były bardziej widoczne, aniżeli w centrum Hope Valley. Z żalem zauważyła, że już nigdy nie będzie im to dane. Jej przyjaciółka odeszła. Miejsce w niewielkim ogródku przy plaży już zawsze będzie zionąć chłodem i pustką - przypominając trochę opustoszałe ulice w chłodne, zimowe wieczory.
Wspomnienia bolały. Bolały, gdyż nigdy nie powstaną już nowe. Te wszystkie dobre i złe chwile będą odtwarzane jedynie w ramach wyobraźni. Nie przecisną się do rzeczywistości, będą ocierać się o wszystko czego będzie doświadczać, aż finalnie zatrą się całkowicie.
Nie powstaną żadne inne, a obecne przeistoczą się w mgliste widma szczęścia.
Lee westchnęła i na moment przymknęła oczy. Błękit zalał się słonym oceanem emocji i spłynął obfitą strugą po policzkach. Dłoń uniosła się i strzepnęła kilka kropel, a tę następnie wtarła w czerń żałobnej sukni.
Bolały ją straty, właściwie to nieprzyjemne uczucie towarzyszyło jej wszędzie. Pojawiało się w każdym oddechu wyrzucanym przez płuca, w mrugnięciu okiem, czy choćby i wtedy, kiedy poruszyła małym palcem u stopy. Bolało ją nawet to, czego nie potrafiła określić lub to, czego jeszcze nie dokonała. Nie wiedziała, że ucisk ten towarzyszyć będzie już zawsze, nosząc miano konsekutywnego przyjaciela.
Przez kilka sekund pozwoliła sobie na to, aby móc mu się przyjrzeć. Patrzyła na jego ostre krawędzie wyimaginowanej twarzy. Na ponury uśmiech, który niejednemu przysporzył dreszczy na plecach, na zimne spojrzenie, na paznokcie tak długie, że wyginały się ku dołowi, nie ulegając wszechobecnej grawitacji.
Jej przyjaciel to ból, który nigdy nie znajdzie ukojenia.
Dopiero ruch wyrwał ją z otępienia. Lekki szelest po prawej stronie od stołu. Kilka słów wymienionych między sobą, na tyle cicho, by nie zakłócić trwających w głowach monologów, lecz na tyle głośno, by przypominały trzepotanie skrzydeł motyla zamkniętego w słoiku. Uderzał nimi w jej skronie, przesuwał się niżej, aż trafiał do ucha. Nie chciała być wścibska. To samo tak jakoś wyszło. Automatycznie przechyliła swą głowę w tamtą stronę, znów natykając się na nieznajomego. Na twarz otuloną smutkiem i chłodem, tak jakby mieli tego samego druha, tak jakby na moment połączyło ich coś - to palące od środka uczucie.
Ich Lilly odeszła. Nie było jej wśród żywych, a miejsce po niej zionęło pustką.
Patrzyła na niego i jej koleżankę, lecz nie widziała. Rozmowa odbiła się od murów otępienia i opadła w ramiona obojętności. Prawdopodobnie, gdyby była sobą, oburzyłaby się na zachowanie gościa i sposób prowadzonej konwersacji. Teraz jednak słyszała ich głosy, nie słowa. Pozwoliła sobie na dryfowanie wśród pomruków jego głosu oraz czegoś o znacznie wyższym tonie, trochę podświadomie zastanawiając się, czy odnalazłaby nuty odpowiadające im gdzieś wśród czterech strun jej instrumentu. Czy brzmiałyby podobnie, czy może mniej wyrafinowanie? I przede wszystkim: czy dostrzegłaby tam te emocje, które kłębiły się wśród rozmówców? Skrzypce miały to do siebie, że były uniwersalne. Można było dopasować je do każdego rodzaju muzyki, lecz nigdy nie oddałyby tego, co emocje. Nawet najpiękniej brzmiący mechanizm blaknął przy ogromie ludzkich uczuć. Zawsze będzie niepełny, niekompletny.
Tak jak oni dzisiaj.
Spuściła swój wzrok, kiedy napotkała przeszywające zainteresowanie ze strony obcokrajowca. Nawet nie zarejestrowała innego akcentu. Była głucha na otaczający ją świat, woląc uciekać tam, gdzie ona była żywa, gdzie rude włosy skręcały się w lekkie fale, a śmiechy przeciskały się przez gardła i wypełniały pomieszczenia radością i świeżością. Chciała być wszędzie, byle nie tu.
Byle nie tu.
Bentley najwyraźniej także. W przeciągu godziny nie zmienił swojej pozycji ni razu. Jedyne, co robił, to co jakiś czas wydawał z siebie ciche chrząknięcia, będące prawdopodobnie próbą zamaskowania szlochu, który podrażniał struny głosowe i miał tylko jedną chęć: wydostać się. Zamiast tego po prostu siedział tam w możliwie najmniej wygodnej pozycji i burczał do siebie gardłowo. Gapiąc się przed siebie obojętnie, niewrażliwie. Będąc w swoim kąciku szczęścia w tej całej tragedii. Nie drgnął nawet i wtedy, kiedy jego ojciec pokwapił się do tego, aby do niego podejść. Tylko oczy uniosły się w górę, by obrzucić go krótkim spojrzeniem.
Pociągnął nosem, a potem zaszurał czarnym conversem, z którym nie rozstawał się bez względu na okoliczność. Chodził w nich dopóty podeszwa nie kłapała tak, jak rozwścieczona Lily, kiedy to rozwalał buty jedne za drugimi.
- Tak mi wygodnie - odparł wreszcie, zauważając z niezadowoleniem, że jego głos dalece odbiegał od dojrzałości, która rysowała się w jego głowie. Brzmiał płaczliwie i dziecięco. Tak, jakby jego właściciel miał się za sekundę rozlecieć.
Nogi blondynki same powiodły w kierunku dwójki, by stanąć przy fotelu i przysłuchać się rozmowie. Nie pamiętała drogi, którą pokonała mając wrażenie, że po prostu się obok nich zmaterializowała.
- Hej - mruknęła delikatnie i kojąco, najwyraźniej obawiając się tego, że może wywołać to wrogą reakcję. Domyślała się, że wolałby teraz być sam. Zamiast tego masa obcych mu ludzi, którzy wcześniej przewijali się w jego domu podchodziła do niego i szczerze współczuła. Dotykali go, przytulali, mówili. A on chciał być zwyczajnie sam.
Lenore przeniosła spojrzenie z chłopca na mężczyznę. Jej wzrok pytał: czego od niego chcesz? Niczym Cerber u wrót piekła, nie pozwalała ludziom na to, aby jeszcze bardziej go męczyć.
- Chcesz iść do góry? Może się położysz na trochę, co? - zapytała wreszcie sierotkę, lecz ten pokręcił niechętnie swoją głową. Ta opadła powoli w lewą stronę. Zatrzymała się tam na kilka przydługich sekund, by czynność powtórzyć po prawej.
- Nie, spoko, ciociu. Tak sobie tu tylko... gadam z tatą - wyburczał, pociągając nosem.
Po plecach skrzypaczki przeleciał zimny sopel lodu. Odbił się od jej tyłka i uderzył w samo serce, mrożąc je na amen. To, co właśnie rozgrywało się w jej głowie, uwypukliło się na twarzy. Niedowierzanie przecinało się z nieuzasadnioną obawą, że przyjechał tu po to, aby zabrać chłopca do Europy. Ale przecież tego nie zrobi, prawda?
- T-tatą? - prawda?, kłębiło się w jej czaszce. Nie uśmiechała się. Ani nawet nie drgnęła.
Prawda?

Stanley Hauptmann

@Sta
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV Gram na skrzypcach Mam czarny humor Często wyjeżdżam służbowo

Awatar użytkownika
34 y/o
178 cm
hello, it's me
Once you choose Hope, everything is possible.

Post Stanley Hauptmann »

Wygodnie? Przyjrzał się jego pozycji, która wcale na to nie wskazywała. No tak, wygodnie. Psy też potrafiły zasypiać powyginane w różne strony mając podobne zdanie, co nastolatek. Tylko właściciele się dziwili, zupełnie jak Stan teraz.
- Aż tak niewygodne mają tu meble? - tym razem to on był stroną, która chciała kontynuować rozmowę. W przeciwieństwie do młodzika i większości zgromadzonych, nie okazywał nadmiaru emocji. Łatwo dało się zauważyć, że śmierć go poruszyła, ale nie pozwolił sobie ani na załamanie głosu, ani na to, aby zaszkliły mu się oczy. Stał obok młodzika, ale nie naruszał jego przestrzeni - nie miał zamiaru zgarniając go w ramiona, klepać po plecach czy pogładzić pocieszająco po głowie. Nie zdecydował się na żadne słowo pocieszenia, woląc za to chociaż na moment skupić jego uwagę na czymś innym niżby tym, że zmarła mu matka.
Lil zawsze wywoływała skrajne emocje. Albo się ją kochało, albo nienawidziło. Nie istniało te proste coś pomiędzy. Nie pozwalała o sobie zapomnieć. Nie dawała spokoju. Zarażała sobą czyjeś myśli, bogate w małe gesty jestestwo kończyło się tym, że dostrzegając coś absurdalnie nieistotnego od razu się o niej myślało. Bo ona dostrzegała wszystko - wszelkie drobne szczegóły w drugim człowieku. Dlatego w przeciwieństwie do niego, nie miała problemu by odnaleźć się w całkowicie obcym środowisku. I brataniu się z ludźmi, których uważała za wartościowych.
Chciał parsknąć - bo co w nim niby było wartościowego? W tamtych czasach? I tym bardziej teraz, kiedy stał przed całkowicie obcym synem?
Zerknął na blondynkę, która postanowiła się do nich dołączyć. Jej spojrzenie nie zrobiło na nim większego wrażenia, przyjął wyzwanie. Cerber mierzył się z Fenrirem - patrzył prosto w równie jasne jak jego oczy, a powieka mu ani drgnęła. Czego chciał? Nie twoja sprawa, odpowiadał zuchwale chłód bijący od dna. Nie był kimś, kto czuł w obowiązku spowiadania się komukolwiek, zwłaszcza obcej kobiecie.
Malująca się na twarzy determinacja, aby chronić zmieniła się jak pogoda na morzu, kiedy dotarło do niej, kim był. Obserwował tę zmianę samemu nie zdradzając żadnego zaskoczenia - nie był oswojony z myślą, że był ojcem. Czuł się co prawda dziwnie i mierzył się z tym wewnętrznie, na zewnątrz nie tracąc rezonu.
Wyciągnął w jej stronę dłoń.
- Stanley Hauptmann - nawet lekko, w szarmanckim geście ugiął przed nią plecy w powitaniu podświadomie wiedząc, że nie zostanie przyjęty zbyt.. dobrze? Czemu miałby? - A pani to? - oprócz faktu bycia ciotką?

Lee Callaghan
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
32 y/o
160 cm
hello, it's me
I lost myself when you turned away from me, When you said that I wasn't your life anymore. I wanted to be your future, your greatest joy. Instead time has buried my plans, buried my desires, Has turned me old, and turned me bitter And left me here in the dark alone.

Post Lee Callaghan »

- Co? - zapytał się chłopiec, przenosząc na swojego staruszka swoje spojrzenie. Widać było, że nie bardzo rozumiał co też mogło chodzić mu po głowie. Pełne strapienia oczy przeniósł tam, gdzie zawsze dostawał zrozumienie.
Lee odpowiedziała tym samym. Skrzyżowała wzrok z nastolatkiem, układając dłoń na oparciu fotela. Poklepała je opuszkami palców, insynuując prawdopodobne rozwiązanie problemu, bo ono znajdowało się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie jej serce drżało od licznych obaw, które to zaczęły piętrzyć się w jej głowie.
Właśnie straciła jedną osobę, którą kochała. Teraz pojawiało się ryzyko, że straci kolejną. Był to jedynie kamień milowy - problemów, które nie istniały nigdzie indziej, niż w jej własnej głowie, było więcej. Nie znała tego człowieka i zwyczajnie mu nie ufała. Był dużo młodszy, niż mogłaby przypuszczać - Stanley z opowieści zasłyszanych z ust przyjaciółki, miał co najmniej ze sto lat. Ten stojący przed nią wyglądał na jej równolatka. Nie potrząsnął też papierkiem z metryką urodzenia ciemnowłosego, nie wspominając już o teście DNA, który potwierdziłby to, że łączy ich genetyka. Z niechęcią jednak musiała przyznać, że Bentley był do niego podobny. Ciemne włosy skręcały się na końcach dokładnie tak samo, a okres dojrzewania wyostrzał jego żuchwę na podobieństwo domniemanego ojca. Prawdopodobnie tylko ślepiec by się nie poznał lub rasowy idiota. Nie zamierzała strugać tutaj mądrali, ale kretynki robić z siebie także nie chciała robić.
Ben poprawił się. Usiadł i nieco przygarbił, a dłonie ulokował między swoimi udami. Patrzył, jak między dwojgiem dorosłym rodziło się uczucie, które podrywało najbardziej zamknięte serca i bynajmniej nie była to miłość. Lenore wiedziała, że nie będzie go lubić. Miała go za kogoś, kto pasował do tej uroczystości jak pięść do nosa. Przybywał tu z dalekich krajów po czternastu latach nieobecności i uskuteczniał rolę współczującego ojca, podczas gdy za życia Lilly nawet nie wiedział jak wygląda jego dzieciak. Tak bardzo zaślepiały ją własne przypuszczenia oraz to, co powiedziała rudowłosa, że nie przypuszczała by mogło stać się coś ponad przedstawiony scenariusz. Nie zastanowiła się, czy istniały jakieś inne perspektywy, czy może wypadałoby podważyć to, co przekazała jej zmarła - bo właściwie to chciała wierzyć, że było to prawdą; a jej przyjaciółka nie miała powodów do kłamstw.
Lee wysunęła dłoń, aby uścisnąć jego prawicę w delikatnym, typowym dla siebie geście, a następnie ułożyła ją na swoim boku. Spiłowaną na gładko końcówką paznokcia potarła materiał czerni.
- Lee Callaghan - odparła, nie zamierzając mówić coś ponad to, co wymagała uprzejmość. Ona miała przewagę, bo znała go z opowieści, ona zaś pojawiła się w życiu jego byłej już po fakcie. Inna sprawa, że raczej nie zwykła nosić ze sobą listy osiągnięć i tego, czym mogła się przed ludźmi pochwalić. Bywała skromna, a i okazja do tego raczej wątpliwa. Lee pociągnęła nosem, czując jak żal po stracie tak bliskiej osoby, został zakłócony przez intruza. Przeszkadzał jej, tak jak jeszcze przed paroma minutami robił to Thomas, kiedy to tak pogodnie mierzył się z kolejną szklaneczką ognistej wody, o ile nie bardziej. Bo podświadomie przeczuwała, że mężczyzna przysporzy jej jeszcze wielu problemów i jeszcze większej ilości palpitacji serca.

Stanley Hauptmann
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV Gram na skrzypcach Mam czarny humor Często wyjeżdżam służbowo

Awatar użytkownika
34 y/o
178 cm
hello, it's me
Once you choose Hope, everything is possible.

Post Stanley Hauptmann »

Nie był głupcem. Decydując się na spełnienie prośby zmarłej liczył się całkowicie z tym, co zastanie na miejscu. Niechęć każdego, kogo spotka na swojej drodze, a miał cokolwiek wspólnego z Lil. Nie mogło być inaczej, nie zaskakiwało go to jakoś szczególnie. Sam żywiłby podobne uczucia, gdyby był po tamtej stronie barykady. Ale nie był. Czuł gorzką niechęć względem samego siebie, irracjonalny strach, którego po sobie nie pokazywał. Wychowując się bez ojca nie chciał powielać jego przykładu; robił to, przez tyle lat, a fakt całkowitej nieświadomości się nie liczył. Odebrano mu prawdo choćby do tego, aby zaprotestować na głos - mężczyźni musieli brać odpowiedzialność na swoje barki, tak powtarzała mu matka. Ponadto stawianie się w roli pokrzywdzonego było czymś, co godziło w jego dumę jeszcze bardziej. Tak mu Lil zagrała. Taką melodię, do której musiał dopasować swoje kroki. Im szybciej załapie rytm i zrozumie reguły, tym lepiej. Zagryzie zęby; jakoś to będzie. Marna mantra.
Nie garbił się pod spojrzeniami, stał wyprostowany, odpowiadając pewnym, zdystansowanym. Obserwował cienie gestów zażyłości, która łączyła dwójkę ludzi, których miał przed sobą. Przypominało to stąpanie po lodzie - cokolwiek teraz nie zrobi usłyszy groźne, wymowne skrzypienie zbyt cieniutkiej warstwy, która nie miała szans utrzymać go nad powierzchnią. Dlatego stał, świadomy tego, że jeśli zrobi coś źle to dramatycznie pogorszy sytuację. Stał i czekał, aż jej chłód się ustabilizuje, da mu większe pole manewru - bo wtedy miałby lepszy obraz sytuacji.
Jego uścisk był mocny, ale nie było trzeba obawiać się, że zrobi krzywdę. Ruch kobiety przyniósł za sobą zapach dymu, który opadł na nią, kiedy stała obok palaczki. Poczuł, jak palce zaświerzbiły w potrzebie zapalenia.
Jeśli z kimkolwiek musiał się mierzyć w tym pomieszczeniu jeśli chodzi o syna, to właśnie z nią. Jasne spojrzenie opadło na niego ledwie na chwile, by zaraz znowu pochwycić w swoje szpony blondynkę.
- Palisz? - nie proponował jej papierosa, a zwykłą rozmowę na osobności. Przy młodym musiała się pilnować, a Stan potrzebował sprawdzić na ile ją stać. Poczuć choćby zalążki tego, co go czeka od drobnej kobieciny, która stanęła między nimi jak.. lwica, choć we własnej wyobraźni widziała się zgoła inaczej. - Albo pokażesz mi, gdzie mógłbym? - dodał nie chcąc ryzykować, że kobieta nie zrozumie tego, że najpewniej będzie lepiej, jeśli dalsza rozmowa potoczy się z dala od uszu Bentleya.
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
32 y/o
160 cm
hello, it's me
I lost myself when you turned away from me, When you said that I wasn't your life anymore. I wanted to be your future, your greatest joy. Instead time has buried my plans, buried my desires, Has turned me old, and turned me bitter And left me here in the dark alone.

Post Lee Callaghan »

Strach przed stratą oplatał jej ramiona i paraliżował. Zmuszał plecy do zachowania prostej postawy, posyłał sople lodu wzdłuż skrzywionego kręgosłupa, smagał policzki końcówką ogona, wprawiał pełne wargi w drżenie i nie pozwalał wypowiedzieć choćby słowa. Wił się i nie pozwalał logicznie myśleć. Przeganiał fakty z cichym, charakterystycznym dla siebie sykiem. Pobudzał wyobraźnię, tworzył nierealną przyszłość i urzeczywistniał ją w głowie blondynki. Naginał prawdę tak, jakby ta była co najmniej z gumy. Przesuwał granicę i śmiał się wszystkim w żywe oczy.
Nie pozwalał.
Lee zacisnęła dłoń na ramieniu szarego, ponurego fotela.
Nie pozwalał.
Jej twarz na moment stężała, przybierając iście kamienny wyraz, na podobieństwo muzealnej figury. I gdyby nie napływające do oczu łzy, można byłoby ją uznać za kolejny eksponat. Nie wiedziała co robić. Jak się zachować w obliczu stojącego przed nią zagrożenia. Nie wyobrażała sobie pustki, której to widmo zawisło nad jej sercem: dwa razy w tak krótkim czasie. Jej dni nagle skurczyły się o połowę dotychczasowych zajęć. Telefon zionął czarnym wyświetlaczem, nie zwiastując kolejnej wiadomości, czy kilkunastu nieodebranych połączeń. Czat od wielu dni milczał, a przy jej ikonce widniała stała data, podczas której to pojawiła się po raz ostatni. Kwiatki więdły w domu, a kuchnia pachniała sterylnie, a nie - ulubionym daniem, które szykowała w każdy piątek, kiedy pojawiała się jej przyjaciółka. Wszystkie przyzwyczajenia bolały. Bolały tak bardzo, że zabierały z piersi wszelkie oddechy. Nie chciała i nie mogła pozwolić na to, aby jej serce zostało połamane po raz kolejny, a wizyta niespodziewanego gościa właśnie do tego zmierzała.
Bentley chrząknął, wpatrując się w dwójkę dorosłych. Otumaniony stratą rodzicielki, nie bardzo rozumiał potyczkę, jaka rozpoczęła się między nimi. Nie myślał o tym, że Hauptman mógł mieć wobec niego jakiekolwiek zamiary. Nawet się cieszył, że mimo śmierci, wciąż kogoś miał. Nie wierzył jednak w to, że zostanie na zawsze.
Blondynka zmarszczyła nos z niezadowoleniem, kiedy poczuła swąd papierosa. Nie znosiła zapachu chemii i tytoniu. Wżerał się w każdy miękki materiał w domu, w tym i w ubrania. Zamiast jednak odwrócić się i mocno zaprotestować, ona zwróciła się do Stana.
- Jasne - powiedziała tylko i wyminęła go, aby ruszyć na zewnątrz. Krótki korytarz prowadził na tył niewielkiego domku - zamiast wyjść na ulicę, znaleźli się na ogrodzie. Piasek rzucany przez bryzę mieszał się z niewielką ilością trawy. Przepychał się na krzesełka i stolik, burząc ład i porządek zaprojektowanego przez właścicielkę miejsca. Pierwsze co uderzyło ją w twarz, to wiatr. Rozwiał włosy, pod którymi zwykła się ukrywać, uwydatnił okrągłą buzię i zapuchnięte od płaczu oczy. Chmury nad ich głowami tylko poszarzyły jej jasne tęczówki, które to łypnęły na towarzysza w ponurym, nieprzystępnym geście. Domyśliła się, że wolał porozmawiać na osobności, lecz kiedy przyszło co do czego, zamilkli oboje. Nie wiedziała, czy istniały słowa, które chciałaby mu powiedzieć.
Czy były takie, które nie były wulgarne.
Odchrząknęła więc, oplatając się dłońmi wokół tali. Chowając się nie tylko przed chłodem, ale także i przed nim. Milczała, wpatrując się i zwyczajnie czekając na to, co jej powie. Czy będzie nieuprzejmy? Czy nie pomyliła się co do jego osoby? Z doświadczenia wiedziała, że charakter pokrywał się z wyglądem.
- Więc... - zaczęła, ale urwała, dając mu do zrozumienia, że chciałaby, aby kontynuował.

Stanley Hauptmann
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV Gram na skrzypcach Mam czarny humor Często wyjeżdżam służbowo

Awatar użytkownika
34 y/o
178 cm
hello, it's me
Once you choose Hope, everything is possible.

Post Stanley Hauptmann »

Przeciągające się milczenie mogło być liczone w kolejnych czynach.
Od chłopaka odsunął się jako pierwszy, dając jej niemą gwarancje, że nie ma złych zamiarów i że to ona, na swoim terenie, ustala zasady. Potem kroczył już za nią raz jeszcze wzrokiem zahaczając o kilka punktów. Krawędzie mebli, nóżki stołu czy krzeseł. W płucach zgniótł oddech, zastąpił go krótkim skinieniem głowy kiedy zderzył się z kolejnym ciekawskim wzrokiem. Wyszedł za nią z domu.
Stając obok sięgnął do kieszeni wyciągając paczkę, którą zaraz skierował w jej stronę. Odczekał chwilę i nie dostrzegając chęci poczęstowania się, cofnął dłoń. Wsunął papierosa między wargi, odpalił go sprawnym ruchem. Zaciągnął się. Kolejne gesty następowały za sobą dość sprawnie, ale i tak dla blondynki mogły ciągnąć się w nieskończoność. Pozwolił, by do świadomości dotarło to, że karmi ciało kolejną dawką śmiercionośnego nałogu. Zuchwale, patrząc na okoliczność. Jakby kpił z tego losu, pytał czy aby na pewno zabrał dobrą osobę.
Nie wyglądał, jakby chciał tu być - ale czy był w tym odczuciu osamotniony? Patrząc po niej, mógłby przysiąc, że nie. Nie reagował na kolejne łzy, które szkliły jej oczy. Nie obchodziły go nadto - nie obchodzili go obcy ludzie, nie kwapił się do zmiany tego nawyku, nawet jeśli prostymi gestami mógłby zbudować sobie zalążki jej sympatii.
- Nie radzisz sobie - słowa wypluł z siebie wraz z dymem, który wypuścił nosem. Nie patrzył na nią - obserwował otoczenie. Było tu całkiem sympatycznie, nie dziwił się czemu właśnie to miejsce Lil wybrała sobie na nowy dom. - Z psem, z całą tą sytuacją, z gośćmi, którzy samolubnie palą w twoim domu, jakby byli u siebie - strzepnął popiół krótkim ruchem palca. - To wygląda jakby ślepy prowadził głuchego - trochę jakby próbował żartować, ale patrząc po mimice można było mieć wątpliwości. - Ty i młody. Nie wiem, które z was jest bardziej zdruzgotane.
Odwracał jej uwagę. Prowokował.
- Masz pogryzione meble - wyjaśnił pierwszą kwestię, chcąc sprowadzić ją nieco na ziemie. Wyrwać ze szponów smutku. Sama nie miała szans tego dokonać. Zaciągnął się ponownie; dopiero wtedy spojrzał na nią. - Nie musisz się mnie bać, nie mam zamiaru ci go zabierać do Europy - zapewnił, jakby czytał w jej myślach. Na sucho, z pobrzmiewającą z głosie pewnością. Zapewnieniem, w które wcale nie musiała wierzyć.
- Kiedy byliśmy smarkami, Lil miała obsesje na punkcie piratów. Powtarzała, że będzie mieszkać nad wodą i zrobi sobie licencje na żeglugę. A potem zamieszka na statku - wargi drgnęły w nikłym uśmiechu. - I na ląd będzie schodzić tylko po zapasy - nie dawał sobie przerwać, a jeśli próbowała - mówił dalej niezależnie od tego czy go słuchała. - Potem jej przeszło, kiedy ukradliśmy łódkę jakiemuś rybakowi, co to się chlał i zasnął na brzegu. Wypłynęliśmy na środek jeziora, a ona cała zzieleniała. I tak za każdym razem, kiedy miała okazję wejść na pokład czegokolwiek. I zrezygnowała z tego pomysłu, bo to, czego wtedy najbardziej nienawidziła to - krótkim gestem dłoni dał do zrozumienia, czego nie lubiła. Wymiotowania. Zgasił papierosa o poręcz, wypuszczając ostatni obłok dymu.
- Ktoś, kto sobie nie radzi z taką stratą nie powinien opiekować się nastolatkiem. Zabiorę go do jego domu, jutro.
W końcu zdecydował. To Lee nie radziła sobie w tej sytuacji bardziej. I w takim stanie nie powinna opiekować się dzieciakiem, który potrzebował wsparcia, a nie osoby, którą sam musiałby się po części zajmować i pocieszać.

Lee Callaghan
MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!