nowy post
Posty: 12 strona: 1 z 1
zatrzymaj avki
Awatar użytkownika
24 y/o
179 cm
hello, it's me
And when then phone call finally ends
You say "Thanks for being a friend"

Post Nicholas McCallister »

outfit

Znacie to uczucie kiedy coś was przytłacza, a potem gdziekolwiek nie spojrzycie wasz problem pojawia się dosłownie wszędzie? Like w ogóle nie daje wam o sobie zapomnieć? Tak właśnie działo się z McCallisterem, który oglądał kolejną komedię romantyczną z rzędu i kolejna była praktycznie tej samej tematyki zakochany/a w swoim przyjacielu. Był zbyt leniwy na to by uprzednio patrzeć na opis filmu i po prostu włączał je randomowo, teraz bardzo tego żałując.
— Do dupy z wami wszystkimi.. — Krzyknął, rzucając popcornem w telewizor. Oblizując palce z soli, chwycił za pilota, wyłączając ten szajs. Teraz tak to nazywał, a zapewne jutro wróci do tego wielce ciekawy jak się zakończyło.
Słysząc głośno tupanie po schodach odliczał kiedy jego matka wparuje do pokoju. I nie mylił się bo już po trzech sekundach, wpadła jak rozwścieczony doberman, krzycząc że próbuje spać po ciężkim dniu w pracy, a jej jakże niewdzięczny syn nie pozwala jej zasnąć. Przewracając oczami, wykonał gest zamykania ust na kłódkę i gdy tylko wyszła z pokoju, opadł na pościel po chwili podnosząc się by zgasić lampkę a jego spojrzenie padło na ramkę ze zdjęciem i bransoletkę wiszącą na niej. Unosząc kąciki ust, podciągnął się, chwytając za ramkę. — Jak bardzo musisz mnie teraz nienawidzić, co? — Obserwując uważnie małego chłopaka, uśmiechniętego od ucha do ucha, zaśmiał się cicho. Niewiele pamiętał z tamtego dnia, a w zasadzie tylko tyle że ich mamy zabrały ich do parku na lody i w trakcie złapał ich tak ogromny deszcz, że przemokli do tego stopnia że po prostu z nich kapało. O tym mogły świadczyć ich przemoczone ubrania i oklapnięte włosy na zdjęciu. — O ile w ogóle mnie pamiętasz. — Wzdychając ciężko, musnął lekko zdjęcie wargami, odstawiając je ponownie na szafkę. Nim jeszcze zgasił światło, ponownie rzucił na nie okiem. — Dobranoc, Val.
Dźwięk budzika gwałtownie wyrwał go ze snu tak że wylądował z hukiem na podłodze. — Kurwa! — Jęknąwszy z bólu, podniósł się z ziemi i wyłączając budzik szybko się przebrał i już po chwili biegł w kierunku księgarni byleby tylko nie być spóźnionym. Jeszcze tego brakowało żeby go zwolnili za spóźnianie się. Sam nienawidził spóźnialskich, więc gdyby to było powodem utraty jego pracy chyba by sobie strzelił w łeb, ale oczywiście był idealnie na czas.
Z tego wszystkiego zapomniał całkowicie jaki jest dziś dzień, przypominając sobie dopiero gdy dostał powiadomienie z instagrama od przyjaciela z życzeniami. To mu również przypomniało o tym, że Dylan ma dzisiaj randkę z tym całym policjantem. Czy on przypadkiem nie narzekał na niego jeszcze kilka dni wstecz? Co nagle się stało, że chłopak zmienił zdanie i postanowił się z nim umówić w Walentynki? Nie było innego dnia?
Reszta dnia w pracy leciała jak krew z nosa i w pewnym momencie Nicholas miał już naprawdę dosyć. Chciał jedynie wyjść stąd i iść posiedzieć w ich ulubionym miejscu. W samotności. Bo jego przyjaciel miał randkę. Randkę z mężczyzną. Z mężczyzną który nie był nim. Jeszcze tego brakowało by Cullen trzymał z wrogiem który mu podpierdala miłość jego życia. Ciekawe czy tak nie przestałby z nim rozmawiać gdyby to jemu kradł chłopaka sprzed nosa!
— Żeby jasny szlag trafił tego McNuggetsa! — Wyrzucając resztkę papierosa do małego strumyku, wzdrygnął się kiedy nagle obok niego usiadł jakiś człowiek.
Patrzył na niego dziwnie, jakby miał cztery pary rąk. Whomst? I wtedy do niego dotarło. — Jeżeli to sprawka Lexa i chce mnie z tobą wyswatać to obiecuję, że go wyja— — Ale zaraz, zaraz..on nawet nie mówił mu gdzie jest. Unosząc brew, wskazał na chłopaka po chwili zabierając głos. — Coś za jeden?
Valentine Evans
Obrazek
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
23 y/o
177 cm
hello, it's me
I looked up at the dark sky and prayed to God for a better break in life and a better chance to do something for the little people I loved.

Post Valentine Evans »

outfit

Był w drodze od blisko trzech godzin, a każdy ruch kierownicą wykonywał niemal machinalnie. Z przyzwyczajenia, którego jeszcze nie zdołał się pozbyć, zerknął na siedzenie obok, szukając przelotnie spojrzeniem swojego jedynego towarzysza drogi, którego nie było z nim już od jakiegoś czasu. Nim przeniósł znów spojrzenie na drogę, w oczy rzuciła mu się leżąca na desce rozdzielczej paczkę papierosów, pamiątka, jaką zabrał ze sobą z Miami; uważał „kradzież” za zbyt mocne słowo. To dobry moment na postój, prawda? Minął tabliczkę informującą go, że właśnie wjeżdża do miejscowości o nazwie Hope Valley. Patrząc na okolicę pomyślał, że gdyby nadzieja była miejscem, byłaby właśnie tą dziurą gdzieś na południu Florydy. Maleńką, ale - jak wnioskował po zabudowie - ciągle rozrastającą się. Zatrzymał się na moment w przydrożnej restauracji by kupić kawę. Bez niej nie da rady jechać dalej, a planował dotrzeć dziś do Tampa, był zatem zaledwie w połowie drogi.
- Witaj kochaniutki, jesteś sam? W taki dzień? - zagadnęła do niego starsza latynoska, która przyjmowała od niego zamówienie.
- W taki dzień? - zapytał, marszcząc czoło. Dopiero gdy zerknął na dekoracje, cicho się zaśmiał. Był luty? Życie na Florydzie wiązało się z wiecznym latem. - Och. Tak, ale przynajmniej to mój dzień, ha ha… Mam tak na imię. Valentine - nie pamiętał, kiedy ostatnio je wymawiał. Niemal zapomniał już jak brzmiało, tak bardzo przywykł do przedstawiania się fałszywymi danymi. Pracodawcy, jakich znajdował, często nie spisywali nawet z nim umów. Zresztą, jemu też niespecjalnie na tym zależało; wolał nie zostawiać po sobie śladów. Pijąc kawę, którą dostał na koszt firmy z okazji „swojego” święta, przyglądał się dwóm zakochanym parom, które podobnie jak on musiały być w trasie. Jego myśli mimowolnie pognały w stronę jednego z niewielu wspomnień z wczesnego dzieciństwa, jakie miał. Dmuchał świeczki razem z innym chłopcem, który obchodził wówczas urodziny, ale chciał by zrobili to razem, bo przecież to był też i jego dzień. Uśmiechnął się delikatnie do wspomnień, obracając między palcami bransoletkę. For my Valentine. Robił to zawsze, gdy o nim myślał, choć nie był pewien dlaczego.
Gdy dopił kawę, chciał już ruszać w dalszą drogę, ale pomyślał, że dobrze mu zrobi rozprostowanie kości. Tak więc upewniając się, że jego samochód jest dobrze zamknięty, postanowił urządzić sobie krótką wycieczkę. Stopy powiodły go w kierunku małego strumyku, jednak jak się okazało, nie był tu sam. Siedział przy nim samotnie jakiś chłopak, wykrzykując coś o nuggetsach. Może powinien był po prostu odejść, ale coś kazało mu do niego zagadać. Za moment i tak stąd odjedzie, i oboje o sobie zapomną, prawda? Usiadł obok niego, czym chyba odrobinę go wystraszył. Potrafił skradać się jak mało kto.
- Huh? Kim jest McNuggets i co takiego ci zrobił? Nie przyjął kuponu? - zapytał z rozbawieniem wymalowanym na twarzy. Powoli uniósł do góry ręce w poddańczym geście. Nie miał pojęcia kim jest Lex, o którym mówił. - Oops, masz mnie. I’m your valentine - puścił mu oczko i uśmiechnął się do niego zaczepnie, zadowolony ze swojego żarciku, o którym wiedział tylko on. Oh, little did they know. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, z zadowoleniem znajdując w niej niemal dziesięć. Świetnie, to dużo więcej niż zakładał. Wsunął papierosa między wargi i bez pytania sięgnął po zapalniczkę, która leżała pomiędzy nim, a tym chłopakiem. - Dlaczego siedzisz tu sam? Nie powinieneś świętować tego dnia tak jak wszyscy? - zapytał, powtarzając niejako to, co przed chwilą sam usłyszał, i kompletnie zignorował jego pytanie o tożsamość. Odpalił papierosa, zaciągając się mocno. Zawsze gdy to robił, przypominał sobie o bliźnie jaką miał na lewym przedramieniu. Nie pamiętał kto mu ją zrobił, ale wiedział, że ktoś zgasił wtedy na jego skórze papierosa. Część jego własnych wspomnień była dla niego niedostępna. Instynktownie pociągnął mocniej rękaw bluzy, jakby obawiał się, że nieznajomy dostrzeże którąś z jego licznych blizn. - Zakochany człowiek zaczyna od tego, że oszukuje siebie, a kończy na tym, że oszukuje innych, cały świat zaś nazywa to romansem - daily dose of Oscar Wilde, przynajmniej dla niego samego. Zastanawiał się czy ten chłopak po prostu sobie pójdzie, czy może raczej wepchnie go do tego strumyka.

Nicholas McCallister
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV MAN UP! CHUDERLAK Czytam książki Boje się burzy

Awatar użytkownika
24 y/o
179 cm
hello, it's me
And when then phone call finally ends
You say "Thanks for being a friend"

Post Nicholas McCallister »

Kim był ten nieznajomy, który przypałętał się do niego jakby co najmniej byli dobrymi znajomymi, którzy postanowili spotkać się przy piwku. Tylko teraz siedzieli nad strumykiem i nie miał pojęcia kim był ten człowiek. Obserwując go uważnie, zaśmiał się na wzmiankę o kuponie. Cóż może i go nie znał, ale suche żarty zawsze go bawiły. Jego dziwne poczucie humoru nie pozwoliło mu tego zignorować.
— Niestety? McNuggets to podła szuja nie daj się wciągnąć w jego sidła bo ciebie również oszuka na kupon. — Mruknął, patrząc na niego uważnie. Z czym było mu tak do śmiechu i kto przysłał tego nieznajomego by zawracał mu głowę kiedy chciał być sam? Może to Dylan nasłał na niego swojego znajomego mając wyrzuty sumienia, że po raz pierwszy odkąd się poznali nie spędzają urodzin Nicholasa razem? Wolałby by to on tutaj z nim był, by mogli siedzieć w przyjemnej ciszy, wpatrując się w strumień płynącej wody. Miał ochotę przeklinać i krzyczeć na całe gardło. Dlaczego miłość, w której pokładał największe nadzieje tak sobie z niego kpiła? — Czy moja walentynka zdradzi mi chociaż swoje imię? — Spojrzał na niego kątem oka, a potem na papierosy które wyciągnął z kieszeni. — To zabawne, że pytasz mnie o to kiedy sam tutaj ze mną siedzisz, a nawet mnie nie znasz. — Zaśmiał się cicho. Wzruszył ramionami, przenosząc wzrok ponownie na wodę. — See, sometimes we have to let go of someone who matters to us the most not because we want to but because we have to as it’s right thing to do because we care about their happiness more than ours. — Zacisnął mocniej dłoń na telefonie, czując jak do oczu napływają mu łzy. Otarł wierzchem dłoni jedną z nich po chwili odwracając się do nieznajomego. — A ty? Dlaczego poświęcasz swój czas na siedzeniu tutaj ze mną zamiast spędzać go z kimś ważnym? — Uśmiechnął się lekko, a widząc jak ten bardziej ściąga rękawy swojej bluzy, sięgnął po plecak, wyjmując z niej swoją kurtkę. — Trochę pomięta, ale lepsze to niż nic. — Podrapał się nerwowo po karku po chwili sam zarzucając mu ją na plecy. Nie było jakoś bardzo zimno dzisiaj, ale najwidoczniej nieznajomy był zmarzluchem. Oh gdyby tylko wiedział dlaczego chował swoje ciało.
— Oscar Wilde, Portret Doriana Greya. Jeden na dziesięć..kicha jak pozostała jego twórczość. — Wzruszył ramionami. Może nie darzył nienawiścią poety ani jego twórczości, ale był ulubionym autorem jego ojca, a jako iż Nicholas gardził swoim ojcem tak również wszystkim co ten kochał/uwielbiał/lubił. Nie starajcie się tego zrozumieć, ale jeżeli cokolwiek mu o nim przypominało to on to po prostu starał się wykreślić ze swojego życia. Wilde był przykładem. Sięgając do plecaka po miętówki. Wyciągnął je w kierunku chłopaka, lekko machając opakowaniem. — Pomaga pozbyć się tego nieprzyjemnego posmaku w ustach po paleniu.
Valentine Evans
Obrazek
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
23 y/o
177 cm
hello, it's me
I looked up at the dark sky and prayed to God for a better break in life and a better chance to do something for the little people I loved.

Post Valentine Evans »

Zaśmiał się cicho. Kimkolwiek nie byłby McNuggets, nieznajomy musiał żywić do niego wyjątkowo nienawistne uczucia. Korciło go by zapytać o jakim rodzaju oszustwa mowa, ale uznał, że lepiej będzie tego nie robić. Chłopak wyglądał na dostatecznie zdołowanego, by nie pozwolić mu o tym zapomnieć choć na moment.
- Co jeśli już to zrobiłem? - zapytał, uśmieszek jeszcze przez moment nie znikał z jego ust. - Noah - przedstawił się, losując kolejne imię z mentalnej kryształowej kuli. To było tak, jakby każde nowe miejsce było dla niego nowym początkiem, narodzinami niemal. Mógł być kim tylko zechciał, zaczynając swoje życie raz po raz od nowa. Lubił sobie wyobrażać, że postać, którą zostawia za sobą, dostaje kontynuację swojej historii, że nie znika zaledwie po kilku stronach, ustępując miejsca innym bohaterom. Wypuszczając z ust dym, wsłuchiwał się w słowa chłopaka. Och, więc ktoś złamał mu serce? Pospolita historia. Niemniej, ani trochę nie ujmowało to bólu jaki musiał odczuwać. - If I can stop one heart from breaking, I shall not live in vain - odpowiedział na jego pytanie, posługując się kolejnym cytatem, jak to miał w zwyczaju. Był to swoisty wykręt, ucieczka przed udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi. Nie spodziewał się takiego gestu ze strony chłopaka i nie ukrywał zaskoczenia z tego powodu. Czasem pozwalał sobie na szczerość. - Och… dziękuję - musiał przyznać, że go zaintrygował. Nie powinien raczej go stąd przegonić? Poprosić, by pozwolił mu w samotności oddawać się rozmyślaniom na temat beznadziejności losu i bezsensowności namiętności? Gdyby to zrobił, Valentine pewnie by odszedł. Wsiadłby za kółko, przekręcił kluczyk w stacyjce i rzucając ostatnie spojrzenie na przydrożny bar, po prostu ruszyłby dalej, zostawiając za sobą dolinę nadziei, która okazałaby się jedynie jeszcze jedną jej niespełnioną obietnicą. Uśmiechnął się odrobinę, czując na kurtce przyjemny zapach perfum, które musiały należeć do tego chłopaka.
- Nic, czego nie słyszałby za życia - zaśmiał się cicho. Przez sposób w jaki prowadził rozmowy, często spotykał się z niezrozumieniem. Niechęć była dużo bardziej pożądana, tworzyła przestrzeń dla emocji, czegoś prawdziwego.
Kiedy chłopak wyciągnął w jego stronę opakowanie z czymś, co przypominało miętówki, Valentine postanowił uważniej się mu przyjrzeć. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdzieś widział już te pełne ciekawości oczy. Wpatrywał się w nieznajomego tak intensywnie, że mogło to niemal zostać odebrane za niegrzeczne. - Wyglądasz znajomo. Jak dawno przeczytane gdzieś słowa lub piosenka usłyszana kiedyś w radio, których nie mogę sobie przypomnieć - powiedział, patrząc na niego jeszcze przez moment, nim sięgnął po opakowanie miętówek, a podziękowania ponownie opuściły jego usta. - Hej, Romeo… Don't waste your love on somebody, who doesn't value it - mruknął, podając mu z powrotem paczkę. Przez dłuższą chwilę zawiesił wzrok na płynącej spokojnie wodzie. Dawno nie był w miejscu, które przynosiłoby podobne ukojenie. Choć gdyby sięgnąć pamięcią rok wstecz, mimo obawy o własne życie, widok jakiego doświadczył również wywoływał w nim spokój. Valentine wyciszał się w pełni tylko pośród piękna pierwotnej dzikości. - Nie jestem walentynką, jakiej byś pragnął, prawda? Ale może nie przeszkodzi ci to w pokazaniu mi tego miejsca, skoro los sprawił, że się tu spotkaliśmy? - zapytał cicho, zerkając ponownie na chłopaka. Jego twarz miała w sobie coś ze szlachetności i musiał przyznać, że był szalenie przystojny.

Nicholas McCallister
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV MAN UP! CHUDERLAK Czytam książki Boje się burzy

Awatar użytkownika
24 y/o
179 cm
hello, it's me
And when then phone call finally ends
You say "Thanks for being a friend"

Post Nicholas McCallister »

To zabawne jak tak naprawdę kogoś nigdy nie widzieliśmy na oczy potrafimy nienawidzić z całego serca. Może dla kogoś mogłoby się wydawać, że nienawiść Nicholasa do McNuggetsa jest bezpodstawna i dziecinna. McCallister uważał jednak, że ma wiele podstaw by żywić niechęć do mężczyzny. Po pierwsze pojawił się tak naprawdę znikąd, wyrósł jak Filip z konopii, chwytając jego przyjaciela w swoje diabelskie sidła. Spodziewał się tego, że Seo w końcu będzie starał układać sobie życie...z nim kiedy już by się ogarnął i wyznał mu co tak naprawdę do niego czuje. Czasami jednak ktoś jest o krok przed nami i tym kimś był właśnie McKay.
— Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć ci powodzenia bo już przepadłeś. — Uniósł kącik ust. — Noah, Noah..po hebrajsku odpoczynek, spokój..bardzo ładne imię. — Uśmiechnął się szeroko.
Dlaczego akurat ten cytat, skrywający w sobie tak wielką obietnice gdzie zapewne pod koniec tego dnia powiedzą sobie do widzenia i rozejdą się z swoich kierunkach, pozostawiając po sobie jedynie drobne wspomnienie. — W jaki sposób chciałbyś tego dokonać, hm? Oddałem swoje serce już dawno temu w ręce tamtej osoby.. — Prychnął, kreśląc kółko na swojej lewej piersi w miejscu, którym powinno się ono znajdować — Tutaj..tutaj już nic nie ma. I nie będzie. — Wzruszył ramionami, uśmiechając się podle. Nie łudził się, że kiedykolwiek je odzyska. Oddał chłopakowi swoje serce, swoją duszę, swoje wszystko. Teraz musiał pozwolić temu wszystkiemu odejść.
— Jakby byłby ze mnie nieznajomy gdybym pozwolił ci marznąć? Mnie nie oszukasz..widziałem jak naciągasz na siebie bardziej rękawy, więc szybko zapinaj tę kurtkę bo się przeziębisz. — Spojrzał na niego z troską. Nie znał go, ale nie potrafił patrzeć jak marznie i nie zareagować na to. Nie zrobił mu nic co mogłoby doprowadzić do tego by Nicholas kazał mu spadać. Nie wyglądał na groźnego i gdyby chciał cokolwiek zrobić McCallisterowi to zapewne zrobiłby to gdy ten był pogrążony w myślach. — I prawidłowo. — Ojciec często czytał chłopakowi twórczość Wilde gdy ten był jeszcze dzieckiem. Kiedyś żywił do tego mężczyzny ogromną sympatię i chciał pisać tak jak on dlatego z przyjemnością wsłuchiwał się w głos ojca, zapamiętując praktycznie każde dzieło Oscara. Oh jak bardzo chciałby teraz ich nie pamiętać.
Czując na sobie palące spojrzenie chłopaka, spojrzał na niego kątem oka, mając na języku pytanie czy miał coś na twarzy, ale ten go wyprzedził. Uśmiechnął się lekko, kręcąc głową. — Wątpię. Pamiętałbym cię. Takich atrakcyjnych twarzy się nie zapomina. Musisz mnie z kimś mylić. — Wzruszył ramionami po chwili sam biorąc dwie miętówki do ust, a resztę chowając ponownie do plecaka. — Zawsze masz cytat na wszystko? — Zaśmiał się cicho, również przenosząc spojrzenie na wodę. Zapadła między nimi cisza, przyjemna rzecz jasna i jedyne co dało się usłyszeć to odgłos płynącej wody i jeżdżące w oddali samochody. To przypomniało mu o jego internetowym przyjacielu od którego nie słyszał już od kilku dni i niepokoił się tym co się z nim działo. Może powinien dziś do niego napisać łudząc się, że ten odpisze?
Dalej wpatrując się jak zahipnotyzowany w strumień wody, wsłuchiwał się w słowa chłopaka. Raz się żyje, prawda?
Bez słowa podniósł się z ziemi, zabierając plecak który narzucił na plecy. Wyciągnął do niego dłoń, uśmiechając się. — Z przyjemnością.
Valentine Evans
Obrazek
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
23 y/o
177 cm
hello, it's me
I looked up at the dark sky and prayed to God for a better break in life and a better chance to do something for the little people I loved.

Post Valentine Evans »

- Nie boję się wyzwań. Co oznacza twoje imię? - bardziej od tego jak mogło brzmieć, zainteresowało go właśnie to. Imię wiele zdradzało na temat człowieka. Z jakiegoś powodu, rodzice intuicyjnie wybierali takie, które idealnie pasowało do ich dziecka. Jego prawdziwe imię oznaczało „silny i zdrowy”, i uważał, że był to idealny wyjątek potwierdzający regułę. Daleko było mu do obu tych definicji, choć, gdyby może umiał spojrzeć na to obiektywnie, jego zdanie byłoby zgoła inne.
- A jednak coś nadal bije w twojej piersi, hm? Nieważne, ile razy zostanie złamane, serce zawsze pragnie więcej. Optymista nazwałby to nadzieją. Osobiście wolę słowo „masochizm” - odparł, uśmiechając się kącikami ust. Bez względu na to, na jak drobne kawałki zostałoby skruszone, potrafiło się odbudować. Valentine, wbrew temu co lubił o sobie myśleć, nosił w sobie cząstkę beznadziejnego romantyka. Wypieranie jej nie sprawiało, że zniknęła. - Nie zamierzam zajmować miejsca tej osoby. Kimkolwiek jest, może jest celem do którego zmierzasz? Ja przypominam bardziej oazę, w której możesz zatrzymać się na moment by nabrać sił do dalszej drogi. Odpoczynek, spokój… sam to powiedziałeś - zrządzenie losu, że tym razem padło akurat na takie imię, prawda? Mimo, że jego znajomości trwały zaledwie mrugnięcie, starał się by ta sekunda między jednym, a drugim była znacząca. Chciał myśleć, że jego obecność, nawet jeśli krótka, mogła zmieniać coś w życiu innych, a przynajmniej na moment wywoływać na ich twarzach uśmiech. Był to jeden z powodów, dla których przybierał te wszystkie maski, pod nimi pozostając nadal introwertykiem bojącym się przywiązania.
- Zawsze jesteś taki troskliwy wobec obcych? - zapytał, patrząc na niego z ciekawością. Może był to urok walentynek, że kolejny rok z rzędu w okolicy tego święta doświadczał ludzkiej dobroci? Nie chciał robić uwag o tym, że przy tylu stopniach trudno byłoby zmarznąć, zwłaszcza gdy miał w pamięci zeszłoroczne warunki, bo niepotrzebnie ściągnąłby uwagę chłopaka na swoje zachowanie. Zatem posłusznie zapiął kurtkę, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Był ciekaw skąd brała się niechęć nieznajomego do poety. Jednak sposób w jaki uciął temat wskazywał na to, że nie chce go kontynuować, a Valentine nie był kimś, kto ciągnąłby innych za język. Szanował prywatność, która dawała też jego wyobraźni miejsce na dopowiedzenie własnej wersji historii.
- Widzisz? Już ze mną flirtujesz. Twoje serce nie jest wyjątkiem i też zmierza po więcej - zażartował, uśmiechając się wesoło. Nie potrafił przyjmować komplementów, pewnie dlatego, że po prostu ich nie otrzymywał. Nie tych szczerych. Każde miłe słowo skierowane w jego stronę miało swój cel.
Nie oczekiwał, że przystanie na jego propozycję. Valentine był gotowy ruszyć w trasę w każdej chwili, kawa dostatecznie postawiła go na nogi po porannej ucieczce z Miami. Ale gdy nieznajomy wyciągnął w jego stronę dłoń, chwycił ją bez zawahania. Nie wiedzieć czemu, znów ogarnęło go te dziwne uczucie, jakby już kiedyś się spotkali. Może miało to miejsce w przeszłym wcieleniu?
- In quoting others, we cite ourselves. Gdzieś to ostatnio przeczytałem - zaśmiał się cicho, nawiązując do jego poprzedniego pytania. Nie puścił jego dłoni, za to pociągnął go za sobą, idąc tak pewnie, jakby doskonale wiedział dokąd zmierzał. - Jesteś stąd? Wygląda na przyjemne miejsce, te całe Hope Valley.

Nicholas McCallister
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV MAN UP! CHUDERLAK Czytam książki Boje się burzy

Awatar użytkownika
24 y/o
179 cm
hello, it's me
And when then phone call finally ends
You say "Thanks for being a friend"

Post Nicholas McCallister »

— Takowe wyzwanie może ciągnąć za sobą przykre konsekwencje. Złamane serce i te sprawy..na pewno jesteś gotów stawić im czoła? Czy to nie zabawne? Pomimo uprzednich uprzedzeń jak może się to skończyć, pokusa bierze górę nad rozsądkiem? Nicholas, z greckiego ten, który zwycięża dla ludu. — Prychnął rozbawiony. Czasami imiona tak bardzo nie pasowały do ludzi, a Nicholas był tego idealnym przykładem. Jeżeli jego rodzice nie byli pijani przy wyborze tego imienia to nie był w stanie zrozumieć co nakierowało ich by mu takie nadać. Można było powiedzieć, że obydwojga rodzice z imieniem nie trafili. Albo przynajmniej jednego bo ten drugi tylko wymyślił je na poczekaniu.
Położył dłoń na piersi, na chwilę milknąc. Przygryzł wargę, czując silne bicie serca. Uśmiechnął się jednak ze smutkiem, kręcąc głową. — Ledwo. Ale dość o moim złamanym sercu, to nie czas na to by o tym rozmawiać. — Walentynki nie były odpowiednim do tego momentem, prawda? Mimo iż nie obchodził tego święta jak każdy inny człowiek, uważając je za zwykłą komerchę tak nie chciał psuć tego dnia nieznajomemu. W końcu nie znał jego historii, nie wiedział dlaczego tu jest, dlaczego postanowił poświęcić mu swój cenny czas. Jeżeli jednak tamten nie miał nic lepszego do roboty to przynajmniej Nicholas mógł chociaż trochę postarać się by ten dzień był dla niego lepszy. A rozmowa na temat złamanego serca zdecydowanie nie wchodziła w grę.
Uśmiechnął się nikle. — Nie. Nie zawsze, zwykle moja troska jest kierowana do bliskich mi przyjaciół. Nie mogę jednak patrzeć obojętnie jak marzniesz i nie zareagować. Nie mógłbym spać z myślą, że byś mi się tutaj przeziębił, a ja mogłem temu zapobiec ale to zbagatelizowałem. — Patrzył na niego twardym spojrzeniem, jeżeli taki można było w jego wykonaniu nazwać i dopiero złagodniał kiedy widział jak ten zapina kurtkę. Była na niego odrobinę za luźna i Nicholas może na dłużej zawiesił na nim swój wzrok, podziwiając to jak dobrze w niej wyglądał. Przyłapując się jednak na tym, odwrócił szybko wzrok, odchrząkując.
Posłał mu szeroki uśmiech kiedy ten chwycił jego dłoń i pomagając mu się podnieść, szybciej zabiło mu serce kiedy ten nie puścił jego dłoni. — Nie sądziłem, że kiedyś trafię na kogoś równie zainteresowanego i używającego tylu cytatów. Jesteś moją bratnią duszą, Noah? — Ze śmiechem dał się pociągnąć w kierunku w jakimkolwiek chłopak go prowadził. Dzisiaj było mu wszystko obojętne, nawet dałby się zaprowadzić na piechotę do Londynu, jeśli miał tak przyjemnego towarzysza. — A sądziłem, że to ja będę oprowadzał ciebie? — Śmiejąc, dorównał mu kroku, dalej trzymając jego dłoń w objęciach swojej. — Nie daj się zwieść. To tylko pozory. To miejsce to nic innego jak jedno wielkie chciałbym już stąd uciec. Skoro jednak dopiero tutaj przyjechałeś jak mniemam? Może tobie się tutaj spodoba, każdy ma inne gusta, a ja początków z Hope Valley nie wspominam zbyt dobrze, ale to rozmowa na inny dzień. Lubisz podróżować?
Valentine Evans
Obrazek
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
23 y/o
177 cm
hello, it's me
I looked up at the dark sky and prayed to God for a better break in life and a better chance to do something for the little people I loved.

Post Valentine Evans »

- Nawet w złamanym sercu jest coś pięknego. To nie tylko tęsknota za tym, co się utraciło, ale i przypomnienie tego, co było dla nas kiedyś ważne… Nicholas? Jak z dziecięcego ten, który przynosi prezenty? - zaśmiał się cicho. Nicholas i Valentine, którzy spotkali się w walentynki, podczas gdy drugi z nich urodził się właśnie w dzień imienin tego pierwszego. Gdyby tylko podał mu prawdziwe imię, mogliby razem śmiać się z tego zbiegu okoliczności.
- Zatem twoi bliscy muszą mieć niebywałe szczęście, skoro jesteś tak życzliwy nawet wobec nieznajomego - mruknął, uśmiechając się delikatnie. Ta stanowczość w jego spojrzeniu nie była przytłaczająca, choć Valentine skłamałby twierdząc, że na moment go nie onieśmieliła czy że jego serce przez chwilę nie zabiło szybciej.
- Och, no nie wiem. A jestem? Twoją bratnią duszą? - rzucił zaczepnie, również się śmiejąc. Nie wiedział dlaczego czuł się w tym momencie tak lekko. Może kawa była zbyt mocna, a kofeina w jego żyłach sprawiała, że za moment odleci? A może to towarzystwo sprawiało, że powoli coraz bardziej się ośmielał. Przecież nie zdążył jeszcze przybrać nowej tożsamości, ledwie pozostawiwszy za sobą poprzednią. W momentach przejściowych, między śmiercią, a kolejnymi narodzinami, był najbardziej odsłonięty. - Ummm, nie. Gdybyś to ty oprowadzał mnie, nie odkrylibyśmy niczego nowego. Pewnie dobrze znasz tę okolicę, więc podświadomie będziesz zmierzać w znane sobie miejsca. Gdzie w tym frajda, jeśli się nie zgubimy? - tak naprawdę nie wiedział niczego ani o swoim nieoczekiwanym towarzyszu, ani tym bardziej o tym miejscu. Wiele ryzykował, ale podświadomie czuł, że nic mu z nim nie grozi. - Nieszczególnie, choć życie to jedna wielka podroż, więc to oznaczałoby, że nie lubię samego życia - odparł wymijająco. Może właśnie tak było, ale dzielenie się rozterkami nie przyniosłoby w tej sytuacji ukojenia, a jedynie wprowadziło niepotrzebnie niezręczną atmosferę. - Jesteś pewien, że to rozmowa na inny dzień? Co jeśli mamy dla siebie tylko ten jeden? - zapytał, uśmiechając się do niego. - Byłem już w miejscach, które krzyczały porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Myślisz, że nazwaliby te nadzieją, gdyby nikt jej tu nie odnalazł? Wszystko przychodzi do nas w odpowiednim czasie… Może musisz jeszcze trochę poczekać na swój? - nie wiedzieć czemu, przypomniały mu się słowa, które napisał mu niemal przed rokiem ktoś dla niego ważny. Ważniejszy, niżby tego chciał. Uznał, że może ten chłopak też znajdzie w nich pewnego rodzaju pocieszenie. - Ten las wygląda przerażająco za dnia... Oddałbym wszystko, by przyjść tu po zmroku. Lubisz się bać? Nie, nie wyglądasz mi na takiego. Niech zgadnę… Płaczesz w domowym zaciszu do ekranizacji książek Nicholasa Sparksa, choć nikt o tym nie wie, lubisz róże i ciąży ci nieodwzajemniona miłość? Nie mów mi czy trafiłem. Lubię wymyślać o innych historie i myśleć, że są prawdziwe - zaśmiał się, machając wesoło ich złączonymi dłońmi, nieświadomie splatając ze sobą ich palce. Chłopakowi zdawało się to jednak nie przeszkadzać. Nie poczuł nawet, kiedy sam ośmielił się na tyle, by się tak rozgadać. - Nietrudno wywnioskować, że nie przepadasz za tym miejscem. Pomyślmy… - mruknął, przystając na moment. Tym razem złapał go też za drugą z dłoni i powoli przeniósł je obie na oczy Nicholasa, przysłaniając mu tym samym widok. - Kiedy je zabiorę, znajdziemy się w dowolnym miejscu na Ziemi. Co to za miejsce i dlaczego?

Nicholas McCallister
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV MAN UP! CHUDERLAK Czytam książki Boje się burzy

Awatar użytkownika
24 y/o
179 cm
hello, it's me
And when then phone call finally ends
You say "Thanks for being a friend"

Post Nicholas McCallister »

— Bądź przypomnienie tego co mogło się mieć gdyby miało się więcej odwagi. I tak źle i tak niedobrze. — Wzruszył ramionami. — Dokładnie tak, ten który przynosi prezenty. Nie jestem największym fanem tego imienia, przynosi ze sobą zbyt wiele wspomnień. Myślałem nad jego zmianą..co powiesz na Gadiel? — Spojrzał na niego kątem oka. Lubił czasami sprawdzać imiona, które potencjalnie mógłby użyć by zmienić swoje dotychczasowe. Gadiel, jak bardzo mu się podobało..tak zupełnie do niego nie pasowało w szczególności kiedy nie był religijny. Nicholas przypominało mu wiele razy o jego dawnym przyjacielu i nieważne jak bardzo chciałby pogodzić się z tym, że tamte czasy już nie wrócą, że nie będzie już nigdy Valentine i Nicholasa, Nicholasa i Valentine, tak dokładnie szóstego grudnia nie pozostawało mu nic innego jak dołować się samotnie w swoich czterech ścianach z butelką alkoholu, wpatrując w ich jedyne zachowane zdjęcie. Potrafił tak spędzić kilka dobrych godzin..dopóki matka nie wracała, nie zabierała mu butelki i nie wyśmiewała go za jego słabości.
— To nic szczególnego, naprawdę. Podejrzewam, że ty również nie machnąłbyś na to ręką. Zważywszy na to, że siedzisz tutaj ze mną, że przysiadłeś się do mnie i ba, nawet zaproponowałeś być dzisiaj moją walentynką. — Zaśmiał się cicho, skupiając swój wzrok na uśmiechu chłopaka, niby delikatnym a tak bardzo przyciągającym uwagę.
Patrząc na niego z uśmiechem, wzruszył ramionami. Czy byli bratnimi duszami? Tego nie wiedział, ale nieznajomy wzbudzał w nim zainteresowanie. Zdecydowanie chciał poznać go bardziej, dowiedzieć się co lubi..gdzie zmierzał dalej, chcąc szukać swojego miejsca na ziemi. — Tego nie wiem. Czy masz na tyle odwagi by się o tym przekonać? - Jego śmiech przyjemnie rozbrzmiewający w jego uszach wywoływał w nim potrzebę usłyszenia go jeszcze raz i kolejny dopóki całkowicie by się od niego nie uzależnił. Niestety, nic z tych wszystkich rzeczy nie było możliwe..w końcu to wszystko było tylko na jeden dzień, prawda?
— Daję ci w takim razie wolną rękę. Prowadź mnie, mój przewodniku. Pokaż mi Hope Valley jakiego jeszcze nie widziałem. — Dał ciągnąć mu się w nieznane. Czy powinien się obawiać? Tylko głupiec pozwoliłby nieznajomemu prowadzić się gdzieś, nawet nie wiedząc gdzie. A skoro Nicholas był głupcem, często podejmującym ryzykowne decyzje to jak mógłby odmówić tym razem? W końcu..żyje się tylko raz.
— Mam nadzieję iż w końcu odnajdziesz miejsce w którym będziesz mógł powiedzieć dalszym podróżom do widzenia, że staniesz w nim i powiesz to właśnie to miejsce którego szukałem. Powiedz Noah, jak długo już podróżujesz? Jeśli nie masz nic przeciwko oczywiście, nie chcę byś czuł się niekomfortowo.
Przytakując głową, popatrzył na niego przez chwilę nim ponownie spojrzał przed siebie. — Tym bardziej powinniśmy z niego korzystać i zrobić coś co zapamiętamy do końca życia i z przyjemnością będziemy wracać do tego wspomnieniami, a rozterki życiowe zdecydowanie tym nie są. Może masz rację..wszystko przychodzi w odpowiednim czasie. — Uśmiechnął się na samo wspomnienie tych słów. Sam ich kiedyś użył, do kogoś bardzo ważnego. — To zabawne, użyłem kiedyś podobnych słów do kogoś mi bardzo ważnego. Kogoś, kto zasługuje na szczęście najbardziej na świecie. — Kogoś komu oddałby każdy nawet najdrobniejszy skrawek swojego szczęścia. Nie miał go co prawda za wiele, ale może nawet ta odrobina przyniosłaby jego róży cudowne życie?
— Pozostawię więc odpowiedź na to pytanie tobie. A ty? Wnioskując po tym, że chciałbyś zobaczyć ten las po zmroku mam rozumieć, że lubisz się bać? — Uśmiechając się na widok ich złączonych dłoni, próbował unormować szaleńcze bicie swojego serca. Był wdzięczny, że chłopak tyle mówił bo inaczej mógłby je usłyszeć.
Widząc nic innego niż ciemność przed oczami, przymknął powieki przez chwilę wyobrażając sobie deszczowy Londyn, u boku jego przyjaciela. Pamiętny dzień, mieli akurat po osiem lat i bawili się na placu zabaw. W pewnym momencie chłopak zapatrzył się na uśmiech Valentine do tego stopnia, że oberwał huśtawką w czoło, nabijając sobie ogromnego guza. Cóż, początkowa troska przyjaciela szybko przemieniła się w jego głośny śmiech. Warto było i zapewne podstawiłby się ponownie bez wahania pod huśtawkę byleby tylko słyszeć jego śmiech. — Londyn, pomimo iż równie krzywdzące miejsce, niosło ze sobą wiele szczęśliwych wspomnień.
Kiedy chłopak zabrał jego dłonie i Nicholas ponownie mógł otworzyć oczy, czuł nieprzyjemne uczucie w środku. Bitter? To mało powiedziane. — Niestety nadal jesteśmy w Hope Valley. — Patrząc mu w oczy, ponownie splótł ich palce, uśmiechając się. Zmiana tematu? Jak najbardziej. — W którym kierunku zmierzamy teraz, kapitanie?
Valentine Evans
Obrazek
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
23 y/o
177 cm
hello, it's me
I looked up at the dark sky and prayed to God for a better break in life and a better chance to do something for the little people I loved.

Post Valentine Evans »

- Czymże jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało - uśmiechnął się, przypomniawszy sobie, że ktoś go w ten sposób nazywał. Od lat nie posługiwał się swoim prawdziwym imieniem, więc nie uważał jego zmiany za coś złego. Unikał wypowiadania go, podobnie jak i świętowania własnych urodzin. Nie chodziło o to, że nie miał z kim ich spędzać. Odkąd pamiętał, ten dzień wywoływał w nim ogromny gniew i ból, przypominając nie tylko o stracie ostatniego członka rodziny, ale i o czymś jeszcze. Czymś, czego jednak nie pamiętał, nieważne jak bardzo usiłowałby sobie przypomnieć. - Gadiel? Piękne, choć moim zdaniem wyglądasz bardziej jak Liam. Z irlandzkiego wojownik o silnej woli, obrońca. Mógłbyś też nazywać się Lorcan, dziki, cichy, ale także odważny wojownik. Mmm, tak. Zdecydowanie Lorcan - czy się z nim droczył? Niewykluczone, praktycznie niczego o nim nie wiedział. Ale czuł, że jest dobrą osobą. Bezpieczną przystanią, w której można się schronić w czasie sztormu. Miał nadzieję, że się nie mylił.
- To nie czyni mnie od razu bezinteresownym. Co jeśli jestem zwyczajnym egoistą, który dotrzymując towarzystwa tobie, jedynie zapełnia własną pustkę? - mruknął, zapatrując się przez moment w jakiś bliżej nieokreślony punkt przed sobą. Nie trwało o jednak szczególnie długo, bo odgonił nadchodzące myśli jednym mrugnięciem i ponownie spojrzał na nowego znajomego. - Walentynki to tylko kolejna broń kapitalizmu, uświadamiająca nam naszą samotność, o której nauczyliśmy się nie myśleć w inne dni. Dlatego, na przekór, bądźmy dziś samotni razem - odparł, a na jego twarz znów powrócił delikatny uśmiech. Czy miał odwagę by się o tym przekonać? Tak. Czy miał jej na tyle by zostać tu dłużej? Nie. Prędzej czy później, Valentine stąd odjedzie, zostawiając za sobą kolejną osobę, w której życiu odegrał zaledwie epizodyczną rolę. - Czy to kolejne wyzwanie? Jak mógłbym odmówić - z jego piersi ponownie wyrwał się cichy śmiech. Evans nigdy nie mówił „nie”. Skoro życie już dawno brutalnie go skopało, wykorzystywał teraz to co jeszcze mu pozostało do sprawdzenia, co jeszcze może przynieść. Czasami byli to groźni ludzie chcący zrobić mu krzywdę, a czasami był to miły chłopak z Florydy oferujący mu swoją kurtkę. Życie rzeczywiście było pudełkiem czekoladek.
- Pytasz mnie o wiek czy o to ile jestem w drodze? Co do drugiego, kilka godzin. A pierwsze musisz zgadnąć. Jeśli uda ci się odgadnąć prawidłowo za pierwszym razem, pomyślę o jakiejś nagrodzie - dodał, puszczając mu oko. Tak jakby miał cokolwiek do zaoferowania oprócz słów wylewających się z jego ust. - Wiesz, możesz mieć rację. Chyba jest jedno takie miejsce, do którego chciałbym dotrzeć. Szukam go już od jakiegoś czasu, ale podejrzewam, że zaprowadzić może mnie do niego wyłącznie przypadek - mówiąc to, przypomniał sobie o zdjęciu jednej z plaż, jakie wysłał mu rok temu jego przyjaciel. Jeśli jego podróż miałaby mieć jakiś cel, byłaby nim właśnie ta plaża. Może stojąc w tamtym miejscu, oddychając tym samym powietrzem co on, poczułby, jakby był obok niego. Jakby był prawdziwy. - Naprawdę? Więc muszę mieć rację. Obaj musimy ją mieć… To ktoś dla ciebie ważny? Nie próbuj mnie oszukać, widzę jak się uśmiechasz - zaczepiał go, śmiejąc się cicho. Ten chłopak był inny od osób, jakie do tej pory spotkał. Skłamałby twierdząc, że go nie zaintrygował.
- Może lubię, może nie. Żadna z nocy nie jest równie straszna co ta w naszej własnej głowie - odparł, po raz kolejny, wymijająco. Valentine taki już był, rzadko kiedy mówił wprost. Dziś jednak został zaskoczony nieoczekiwaną znajomością, dlatego przez jego słowa przebijała się nuta szczerości.
Londyn. Nie myślał o nim od lat, wypierając z umysłu traumatyczne wspomnienia. Niestety wraz z nimi utracił też i te nieliczne dobre, a przypomnienie ich sobie, biorąc pod uwagę, że był wtedy dzieckiem, nie było proste. Podświadomie pomyślał o bransoletce, która towarzyszyła mu odkąd sięgał pamięcią. Czy miał jakiś związek z tym miejscem? - Czyli chcesz po prostu trafić do miejsca, w którym poczujesz się szczęśliwy? Znakomicie. Znam takie jedno i tak się składa, że jest tuż za rogiem! - rzucił entuzjastycznie, uśmiechając się szeroko. Może to czysty przypadek, a może zrządzenie losu, ale po kilku kolejnych krokach, ich oczom ukazała się polana. Nie była zbyt wielka, ale z pewnością urokliwa. Na tyle, na ile potrafią być lasy na Florydzie. - A nie mówiłem? Właśnie tutaj, dotarliśmy do celu. Panie i panowie, dziękujemy za wspólną podróż linią Nicholas i Noah, życzymy przyjemnego pobytu lub dalszej podróży - oznajmił, naśladując komunikaty odtwarzane w publicznych środkach transportu. Będąc na środku polany, postanowił usiąść na trawie, więc pociągnął za sobą chłopaka, którego dłoń nadal trzymał. Może zrobił to nieco zbyt energicznie, bo ten praktycznie na nim wylądował. - Oops, a gdzie ostrzeżenie o twardym lądowaniu? - zaśmiał się. Z tej perspektywy mógł przyjrzeć się dobrze oczom Nicholasa, które były naprawdę piękne. Co więcej, zaskoczyło go to, że zareagował na tę nieoczekiwaną bliskość tak spokojnie. Choć od niej nie stronił, zawsze odczuwał przed nią pewną barierę. Tym razem jednak towarzyszył mu dziwny spokój, a także niezrozumiałe, mocniejsze bicie serca.

Nicholas McCallister
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV MAN UP! CHUDERLAK Czytam książki Boje się burzy

Awatar użytkownika
24 y/o
179 cm
hello, it's me
And when then phone call finally ends
You say "Thanks for being a friend"

Post Nicholas McCallister »

Spojrzał na niego z rozbawieniem spod przymrużonych powiek. Zdecydowanie nie pasowało do niego żadne z wymienionych imion i mentalnie wzdrygnął się na myśl, że los mógł go bardziej pokarać i rodzice uznaliby któreś z nich za idealnie do niego pasujące. No, thank you. — Nie wiem czy się ze mnie nabijasz czy mówisz poważnie. Bez urazy, ale imię Liam..kojarzy mi się z jednym z członków tego dawniej popularnego zespołu One Direction, a Lorcan? Czy takie imię poważnie istnieje? Brzmi jak imię, które można by nadać wilkołakowi w grze. Wolę chyba jednak pozostać przy Nicholasie, przynajmniej miał spoko pracę. — Zaśmiał się, przewracając oczami. Liam było jednym z powszechniejszych imion w Londynie, gdziekolwiek nie spojrzeć na imię w telewizji..czy to w serialu, czy w wiadomościach co drugie to Liam.
— Dlaczego miałbym cię w jakikolwiek sposób za to winić? Każdy potrzebuje w życiu czyjejś obecności..nawet na chwilę bo inaczej samotność by nas zgubiła. A tego raczej byśmy nie chcieli, prawda? — Spojrzał na niego lekko się uśmiechają. — Ty pomagasz mi swoją obecnością, ja pomagam tobie. Ja będę odczuwał pustkę po twoim odejściu, ty jak się mogę domyślać również..skoro potrzebujesz czyjejś obecności by ją zapełnić. Obydwoje z tego korzystamy, ty wykorzystujesz mnie do jej zapełnienia, ja wykorzystuję ciebie. — Wzruszył ramionami, patrząc na niego intensywnie. — To czyni nas obu egoistami. — Bingo, idealnie opisałeś moje zdanie na temat tego święta. Te wszystkie..randki, nie randki, kwiaty, czekoladki. Udawany szajs nic więcej skoro jedynie dają sobie te wszystkie prezenty tylko jeżeli jest jakaś okazja. Co ich powstrzymuje przed kupnem ukochanej osobie drobnego kwiatka ot tak albo pójścia na długi, romantyczny spacer. — Prychnął. Walentynki to jedna wielka podpucha nic więcej, a ludzie zdawali się dostawać pierdolca na punkcie tego święta. — Oh..zatem nie pozostaje nam nic innego jak się o tym przekonać. — Uśmiechnął się. Może odrobine szybciej zabiło mu serce gdy wyobrażał sobie jak potencjalnie ten niewinnie wyglądający chłopak mógłby być jego bratnią duszą. Po chwili jednak zmarszczył brwi, kręcąc kilkakrotnie głową. Co on mówił..przecież już dawno odnalazł swoją bratnią duszę, a bynajmniej on tak sądził. Szkoda tylko, że jego przyjaciel był totalnie ślepy i niczego nie zauważał. A może nie był? I po prostu nie robił żadnych niepotrzebnych nadziei Nicholasowi? To wszystko było zbyt skomplikowane.
Głos chłopaka wyrwał go z myśli i przez chwilę nie odzywając się, wodził wzrokiem po jego twarzy, doszukując się szczegółów, które mogłyby świadczyć o jego wieku. — Hmm, ekspertem nie jestem i nie dam sobie ręki uciąć, ale wydajesz mi się być w podobnym wieku do mnie. Obstawiam..noże dwadzieścia dwa? — Uśmiechnął się lekko. Nie miał żadnych zmarszczek, cerę miał nieskazitelną taką za którą Nicholas by zabił. Innymi słowy chłopak przed nim był piękny i młody. — Oh? Zechcesz podzielić się tym miejscem? Nie twierdzę, że jestem dobry w podróżach, a wręcz przeciwnie. — Zaśmiał się krótko, przytakując. — Naprawdę ważny. Straszny z niego ryzykant, który zdecydowanie uwielbia mnie zamartwiać. Nie słyszałem od niego dobrych kilka dni i w mojej głowie nie ma nic innego niż to czy jadł, czy dobrze spał czy nie wpakował się w żadne kłopoty. Jak już go spotkam to przywiążę go do kaloryfera i będzie przy nim siedział bo włosy mi przez niego osiwieją przed trzydziestką. — Automatycznie przejechał po swoich włosach, krzywiąc się. Chciałby jeszcze trochę mieć swój..może nienaturalny ale jakiś fajny kolor i nie martwić się zakrywaniem siwizny co dwa dni. — Czy ty również masz kogoś kto doprowadza cię do ciągłych zmartwień i jedyne nad czym zastanawiasz się to czy jeszcze żyje? — Przygryzł policzek, marszcząc brwi. Od tamtego dnia, rok temu kiedy jego internetowy przyjaciel wylądował w Montanie, każdego dnia wyczekiwał aż ten do niego napisze. Niepokój rósł każdego dnia, czasem zdarzało się, że odpisywał po dwóch dniach, czasem po tygodniu. Ile dałby by móc towarzyszyć mu w każdej wycieczce. By móc go chociaż poznać i pobyć z nim tylko kilka godzin. Szkoda iż nie wiedział, że osoba o której mówił szła obok niego. — Może tak, może nie. — Wzruszył ramionami, marszcząc brwi. — Wątpię, nie ma tutaj miejsce które mogłoby uszczęśliwić. — Prychnął, rozglądając się po polanie na której się znajdowali. — No nie wiem..czy byłbym na twoim miejscu taki szczęśliwy gdyby coś weszło mi w ga—WOah — Czując nagłe pociągnięcie i spowolnioną reakcję, prawie że zgniótł chłopaka swoich ciałem gdyby nie wolna ręka, którą jakimś cudem zdążył się podeprzeć.
Podnosząc wzrok, przełknął ciężko ślinę. Był za blisko zdecydowanie za blisko, na tyle że mógł policzyć rzęsy chłopaka. Piękny, tylko to pchało się w jego myśli kiedy pochłonięty był obserwowaniem go. Mrugając kilkakrotnie, odepchnął się lekko, siadając obok chłopaka. — Nikt nie ostrzegał o turbulencjach. — Zaśmiał się. Miał nadzieję, że to zagłuszy bicie jego serca. — Jesteś głodny, Noah? Mam jeszcze jedzenie z pracy. Przez natłok obowiązków nie miałem czasu na przerwę. — Skrzywił się, otwierając plecak i wyjmując z niego pudełko z jedzeniem. — Dobrze ci zrobi przed dalszą podróżą. — Uśmiechnął się, kładąc mu je na kolanach.
Valentine Evans
Obrazek
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota!

Awatar użytkownika
23 y/o
177 cm
hello, it's me
I looked up at the dark sky and prayed to God for a better break in life and a better chance to do something for the little people I loved.

Post Valentine Evans »

- One Direction? Naprawdę? - spojrzał na niego z wyrazem dezaprobaty. - Mogłeś wybrać Hemswortha albo Neesona, a wybrałeś Payne’a? Co za rozczarowanie - zacmokał, tym razem już wyraźnie się z niego nabijając. Czasem, gdy obserwował mijających go ludzi, lubił nadawać im imiona i wymyślać historie. W przypadku Nicholasa, pozostawiłby mu te same imię. A historia? Och, tej to dopiero był ciekaw. Gdyby tylko mógł zostać tu na dłużej, może nawet spróbowałby ją poznać. -Prawda? Kto nie lubi wręczać ludziom prezentów - powiedział ze śmiechem. Chłopak nie miał na co narzekać. Gdyby tylko powiedział mu, jak naprawdę ma na imię, pewnie by się z nim zgodził, że te jego miało dużo gorsze znaczenie.
Obecność na chwilę to było jedyne na co Valentine sobie pozwalał. Kiedy tylko czuł, że zaczyna się przywiązywać, odpalał silnik i uciekał jak najdalej, nie oglądając się za siebie. Tak było bezpieczniej. Przez moment poczuł się onieśmielony tym intensywnym spojrzeniem swojego towarzysza do tego stopnia, że omal nie odwrócił spojrzenia. Momentalnie zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie powiedział mu o sobie zbyt wiele, ale udało mu się zdusić panikę w zarodku. Na szczęście chłopak ciągle mówił, więc może niczego nie zauważył, jeśli przypadkiem ze stresu zaczął zachowywać się dziwnie. - Ooooch, czyżby ktoś tutaj był romantykiem? To rzadkość w tych czasach - mruknął, uśmiechając się zaczepnie. Dogadałby się z jego internetowym przyjacielem, z niego też był niezły romantyk. Valentine zbyt szybko został oddarty ze złudzeń i przekonał się o tym, że jedyne co przynosiła ze sobą miłość to cierpienie. Dlatego trzymał uczucia na wodzy, a wszelkie romanse ucinał po jednej, wspólnie spędzonej nocy. Na kolejne słowa Nicholasa odpowiedział uśmiechem. Gdyby tylko nie bał się tak relacji międzyludzkich, może dałby się skusić i zechciał go bliżej poznać, by przekonać się czy faktycznie mają ze sobą więcej wspólnego.
Pokręcił głową z niezadowoloną miną. Dwadzieścia dwa? Nie tak źle, był blisko. Ale nie zamierzał zdradzać mu prawdziwego wieku. Przez moment wahał się którą opcję wybrać: „staruszka” o młodej twarzy czy uciekiniera z domu. - Byłeś blisko, ale nie. Mam trochę więcej. Ale podejrzewam, że faktycznie musimy być w podobnym wieku - oboje pewnie byli gdzieś między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia, choć uwierzyłby Nicholasowi, gdyby powiedział mu, że ma trzydziestkę. Nie wyglądał staro, raczej dojrzale. - Pokazałbym ci je, gdybym tylko wiedział gdzie się znajduje - zaśmiał się. Tym razem tajemniczość nie była celowa. Wiedział tylko, że to gdzieś na Florydzie, więc wyglądało na to, że będzie musiał zadowolić się samą myślą przebywania w tym samym stanie co jego przyjaciel. Choć może tak było lepiej? Gdyby ten zechciał go szukać, pewnie by spanikował i uciekł, a ich znajomość od razu dobiegłaby końca.
- Nie do końca. To znaczy… jest ktoś, kto jest dla mnie ważny, ale ta osoba nie pakuje się tak często w kłopoty. Całe szczęście - uśmiechnął się delikatnie. Często o nim myślał, częściej niż powinien. Może dlatego ostatnio odzywał się rzadziej. Potrzebował się zdystansować, szczególnie teraz, gdy byli potencjalnie blisko siebie, a pokusa spotkania była silna. Och, gdyby tylko wiedział, że chłopak na myśl o którym tak się uśmiecha trzyma właśnie jego dłoń. - Nie gniewaj się na niego. Na tego chłopaka - bo zamki używane przez Nicholasa właśnie na to wskazywały. - Czasem ryzyko nie jest kwestią wyboru. Jestem pewien, że nie chce celowo cię martwić, szczególnie jeśli wie, że się o niego troszczysz - mówił z doświadczenia. Był w jego życiu czas, gdy celowo podejmował ryzyko, kusząc los. Ale z jakiegoś powodu udało mu się przetrwać to wszystko i nie chciał by to, jak i poświęcenie pewnych osób, poszło na marne.
Kompletnie nie przemyślał tego, że tak się to może skończyć, ale żaden z nich nie ucierpiał podczas starcia z ziemią. No, może Valentine został lekko zgnieciony, na własne życzenie, jednak Nicholas wykazał się refleksem i nie wgniótł go całkowicie w ziemię. Jak mógł się z tego nie śmiać? Coś równie głupiego nie zdarzyło mu się od dziecka, gdy wygłupiał się z… Ugh, gdyby tylko pamiętał cokolwiek innego oprócz uczuć, jakie mu wówczas towarzyszyły, może przypomniałby sobie kto to był. - Huh? Jedzenie? - czyżby mieli teraz urządzić sobie tutaj piknik? - Och to bardzo uprzejme, dziękuję, ale nie jeste- ups, zdradził go burczący znienacka brzuch, który odezwał się wyczuwając coś dobrego. Zaśmiał się cicho, próbując ukryć zawstydzenie. Ostatni raz jadł chyba wczorajszego ranka. - Skoro sam nie zdążyłeś zjeść, to może zjemy razem, hmm? - zaproponował. Nieważne w jak trudnej sytuacji się znajdował, nie umiał się czymś nie podzielić. No i było mu głupio przyjmować czyjąś pomoc. Otworzył pudełko i chwycił za widelec, nawijając na niego trochę makaronu. - Mmm, wygląda smacznie - mruknął i z uśmiechem podsunął jedzenie Nicholasowi do ust. - No, dalej, Jamie Oliver. Nie daj się prosić.

Nicholas McCallister
YOU ARE MY LOVE - dla każdego, z okazji Walentynek! MEOW MEOW - dla każdego, z okazji Dnia Kota! BOGATE CV MAN UP! CHUDERLAK Czytam książki Boje się burzy