Miasteczko Cape Coral, godzina drogi od Hope Valley
Awatar użytkownika
22 y/o
174 cm
hello, it's me
Wybudził się niedawno ze śpiączki i w końcu wyznał miłość Wayne'owi, którego kocha ponad życie i to z nim chce spędzić resztę życia. Poza tym nikt nie zna ani jego przeszłości, ani prawdziwej tożsamości poza siostrą i ukochanym Wayne'm.

Post Yasin Woodward »

#1 + coś takiego, tylko że nieco jaśniejsze, żółte włosy :lol:

Yasin nie chciał się zakochiwać. Bronił się przed tym rękoma i nogami. Albo inaczej... twierdził, że ktoś taki jak on nie nadaje się do miłości. Przyciągnęłoby to więcej niepotrzebnych kłopotów, które i tak nad nim wisiały odkąd uciekł z Korei Południowej i się przeprowadził do spokojniejszego miejsca przy pomocy ojca... W Hope Valley podobno miał być bezpieczny. Gówno prawda... przeszłość i tak prędzej czy później by go dopadła, nieważne jak bardzo starałby się od niej uciec.
Jasnowłosy chciał kurczowo trzymać się wiary, że wraz ze swoją ukochaną siostrą otrzymał szansę na w miarę normalne życie. Co nie zmienia faktu, iż ogółem rodzice byli dla niego tematem tabu. Z nikim o nich nie chciał rozmawiać. Aż pojawił się Wayne... Czuł, że jemu może powiedzieć wszystko, choć nieustannie zmuszony był pomijać pewne drobne szczegóły co zwykle czynił z wielkimi oporami. Po prostu się bał, że gdyby wyjawił mu każdy detal swojej egzystencji... zostałby przez niego odrzucony, a on sam przestraszyłby się i nie chciałby mieć z nim nic do czynienia. Dlatego pewne kwestie pozostawały tajemnicą dla dobra przyjaciela, którym się dla niego dość prędko stał. Sam nie rozumiał czemu ta konkretna jednostka miała na niego tak ogromny wpływ. Aczkolwiek... widząc dzień w dzień ten jego promienny uśmiech, wszelkie troski znikały jakby ktoś je gumką wymazał. Ten nadzwyczaj optymistyczny chłopak w gruncie rzeczy dokonał niemożliwego. Jego niesamowicie pozytywne usposobienie i ta emanująca na kilometr radosna energia sprawiały, że wszystko w nim pękało. Nie minęło dużo czasu, a w jego sercu powstało piękne, wspaniałe, a zarazem gorące uczucie, topiąc całkowicie lód, którym było ono do tamtej pory okute. Stało się to samoistnie, nie kontrolował tego. Omotywało go coraz bardziej i otulało gorącem. Nigdy nikt w nim czegoś takiego nie wywołał i choć z początku nic nie rozumiał, z czasem stawało się bardziej klarowne. Wzięło go tak, że nie sposób było się z tego uwolnić. Ani też nie chciał; zaczynał go ten dziwny stan uszczęśliwiać. Był totalnie zauroczony Worrellem. Nie zauważył nawet kiedy rozwinęło się to do takiego stopnia, by jego zmysły wręcz wariowały na samą myśl o nim. Pragnął spędzać z nim jak najwięcej czasu. Stali się niemalże nierozłączni. Było mnóstwo takich momentów, gdy miał chęć wykrzyczeć mu to co czuje prosto w twarz. Ach, jakby tego było mało, jego wargi go niemożebnie kusiły, coby skraść z nich choć jeden pocałunek... niestety ostatecznie dostawał natychmiastowej blokady i się wycofywał. Wynikało to ze zwyczajnej troski. Za każdym razem coś w głębi niego wrzeszczało, że jeśli wyznałby mu miłość, mogłoby się to tragicznie w skutkach skończyć. Co jeśli cały ten czas był obserwowany przez złych ludzi, którzy tylko czekali na jego potknięcie...? Wizja, że ktoś mógłby skrzywdzić jego Wayne’a go przerażała, wprost paraliżowała. Lecz on dłużej nie mógł tego w sobie kisić... zaczynało to go rozsadzać od środka. Postanowił podjąć się tego ryzyka, mając gdzieś konsekwencje.
Ostatnie co zapamiętał z drogi do domu przyjaciela to pisk opon, trzask tłuczonego szkła, a następnie uderzenie jego własnego samochodu o jakąś twardą powierzchnię, a potem... kilkukrotne przetoczenie się pojazdu po asfalcie i rąbnięcie boczną jego stroną najprawdopodobniej o pobliskie drzewo. Wszystko działo się tak cholernie szybko; nie potrafił zarejestrować praktycznie niczego. Poza tym, że świat wirował mu chwilę przed oczami, poczuciem jak uderza o coś mocno głową i ten przeklęty jakby piskliwy przeciągający się chrobot przeszywający jego czaszkę na wskroś... Nie było to przyjemne doznanie, bowiem dudniło mu w uszach tak, że właściwie nie był w stanie wyłapać innych dźwięków poza tym jednym, jakże upierdliwym. Do tego nie chciał umilknąć. Obraz był coraz bardziej mglisty, niewyraźny, a z powstałych licznych ran wylewały się stróżki krwi. Nie miał pewności czy czegoś przy okazji nie połamał... cały zesztywniał, nie mogąc się w ogóle ruszyć. Ani drgnął. Wisiał bezwładnie na uciskającym go w brzuch pasie bezpieczeństwa. Do jego oczu napłynęły łzy, które swobodnie spływały po jego policzkach strumieniami. Skapywały one w dół, mieszając się wraz z czerwoną posoką. Oddychał coraz słabiej, wolniej, właściwie czuł, jak zaraz wyzionie tam ducha. Raptem spowiła go ciemność i absolutnie żadne czynniki zewnętrzne już do niego nie docierały. Yasin był przekonany, że to jego koniec, a Wayne nigdy nie pozna prawdy... Tym sposobem okrutna przeszłość dorwała chłopaka w swe sidła i go boleśnie pokarała. Wyglądało to na swego rodzaju ostrzeżenie, bo cóżby innego...? Tego miał się już nigdy nie dowiedzieć... Miał.
Masa kabelków i podłączenie do kroplówki, aby pomóc podtrzymać podstawowe funkcje. Jego świadomość była uwięziona w uśpionym umyśle, natomiast ciało trwało w letargu. Żył, choć ledwo. Wskazywały na to nieznacznie poruszająca się klatka piersiowa i miarowy oddech. Otoczony był wszechobecnym śnieżnobiałym wystrojem, typowym dla tego typu placówek. Jego mózg mógł wiele rzeczy rejestrować, acz też nie wszystko. Pierwsze co do niego dotarło jakiś czas po przeniesieniu do miękkiego łóżka szpitalnego był tak dobrze znany mu głos. Ciągle coś do niego mówił, a on wyłapywał dużo fragmentów, kodując gdzieś w czeluściach rozmaitych wspomnień, mimo że z zewnątrz nijak nie reagował...
Ten kochany, melodyjny głos koił jego duszę. Mógł go słuchać godzinami... Pomagało mu to w dalszym trwaniu. Niespodziewanie padły pewne cudowne słowa, z których najmocniej w niego uderzyło ostatnie zdanie: „już nigdy bym nie ukrywał, że cię kocham”. Ale... co? Czyżby sobie coś uroił w międzyczasie? Ciężko było mu w to uwierzyć. Nie, to niemożliwe...
Nagle pojawił się w jakimś pustym pomieszczeniu, a przed nim zmaterializowała się pani Sin patrząca przez okno. Była odwrócona do niego plecami, jakby go nie słyszała, mimo że próbował do niej przemawiać. Nadaremno. O co tutaj chodzi...? I wtedy mniej więcej pojął, że stanął przed trudną decyzją. Usłyszał bliżej nieokreślony szept. Jeśli chcesz za nią podążyć, nie zobaczysz więcej Wayne’a. Oznacza to twoją śmierć. Jeśli jednak stawiasz na ukochanego… oznacza to twoje dalsze życie na ziemi. Twój wybór.
Wszystko mu się mieszało. Czy to był kolejny z jego licznych snów? Nie mogła to być jawa... I choć tęsknił za swą mamą... jego uczucie do Worrella było silniejsze. Marzył, by ujrzeć go choć jeden raz, nawet jeśli ten ostatni... Ona mogła poczekać. Postawił bez najmniejszego zawahania na Wayne’a.
Yasin nareszcie odzyskał przytomność. Był w dalszym ciągu zdezorientowany, odnosząc nieodparte wrażenie, że to mu się śni. Dziwić mu się? Powoli zaczynał widzieć znajdujące się przed nim przedmioty, w tym czyjąś mocno rozmazaną sylwetkę czatującą dzielnie tuż przy jego łóżku. Delikatnie rozchylał powieki, by na nowo je zacisnąć, gdyż zbyt ostra jasność go oślepiała. Poczuł ciepło dłoni, która nieznacznie gładziła go po jego własnej, ogrzewając chłód skóry. Odruchowo poruszył tą samą ręką, aby chwycić palce i móc je opleść i zacisnąć na tyle, ile mógł.
Waynie...? — wymruczał pieszczotliwie, choć słabo z wyczuwalną nadzieją, że osoba, do której się zwracał to właśnie on. To było pierwsze co wydobyło się z jego ochrypniętego gardła. Wydusił to cichutko, ale na tyle, że ten drugi powinien to spokojnie wychwytać. Sam fakt, że się jakkolwiek poruszył pewnie go nieźle zaskoczy. Tym samym jasnowłosy przerwał panującą dookoła nich ciszę. Tylko czy... to działo się naprawdę...?

Wayne Worrell
Obrazek
BOGATE CV WHEN WE WERE YOUNG MUZYK Zainwestowałem/am w motor Gram na pianinie

Awatar użytkownika
22 y/o
177 cm
hello, it's me
Ciekawi cię, co siedzi obecnie w głowie Wayne'a? Yasin, studia, Yasin, "świat jest piękny", Yasin, ostatnia praca, Yasin, nowy sezon teatralny oraz Yasin.

I jeszcze trochę Yasina!

Post Wayne Worrell »

#1

Biel szpitalnej sali, surowa i nieprzyjemna, raziła w oczy niepokojącą monotonią i nie pozwalała choćby na kilka sekund zapomnieć, w jak niesprzyjającym miejscu dane mu było teraz przebywać. Przeraźliwa cisza dudniła w uszach nieznośnym ciśnieniem i jedyne, co przerywało jej tortury, to dźwięki aparatury badającej czynności życiowe. Pik, pik, pik... monotonne, miarowe, wiercące dziurę w mózgu tą dręczącą powtarzalnością. Zapach sterylności i szpitalnych detergentów wiercił w nos jako ostatni przykry bodziec, delikatniejszy niż poprzednie dwa, lecz stanowiący swoistą kropkę nad "i" dla wytrzymałości psychicznej Wayne'a. Kolejne godziny spędzane w szpitalu stawały się nie do zniesienia, lecz młody mężczyzna nie potrafił przerwać tych katuszy i po prostu wyjść. Nie teraz, kiedy w jednej z niepozornych salek powoli dochodził do siebie sens jego życia. Sponiewierany wypadkiem i tak przeraźliwie nieświadomy, lecz żywy. Piękny, mimo dojmującej bladości i trwania w bezruchu tak, jak ułożono go w szpitalnej pościeli. Wayne nie potrafił oderwać wzroku od tego obrazka, który smutkiem zaciskał się na jego sercu. Im dłużej trwał u boku najdroższego przyjaciela, tym mocniej pętla płaczu zaciskała się na gardle, aż wreszcie pękał pod jej naporem, czując, że jeśli nie wyrzuci z siebie emocji, w końcu się udusi. Pozwalał, by szloch wstrząsał jego ramionami, a łzy gęstymi potokami wypełniały oczy, rozmazując im obraz i spływając po policzkach gęstymi potokami. Jak wiele łez wylał w tę pościel w ciągu ostatnich kilku dni?
Nie mógł spodziewać się piekła, które przeżyje, gdy tamtego pamiętnego dnia szykował się psychicznie do spotkania z Yasinem. Bał się go zobaczyć. Tak cholernie się bał po minionych tygodniach, w których potwornie zagubił się w plątaninie własnych uczuć i niepewności! Zakochanie i lęk spętały mu nogi ciasnymi więzami, przez które przewracał się emocjonalnie niemal co krok. Zamiast zdobyć się na szczerość i wyznać przyjacielowi, że to, co czuje do niego, wykracza dalece poza zwyczajną przyjacielską relację, brnął w błąd tajenia swych uczuć. Próbował tłumić je, co udawało mu się dzielnie przez początkowe miesiące ich znajomości - lecz im dłużej znał Yasina, im więcej łączyło ich wspomnień, radosnych chwil i emocjonalnych zależności, tym wyżej wystrzelały w jego sercu płomyki szczerego, młodzieńczego zakochania i o ile początkowo dławił je z dużym powodzeniem, w końcu ten pożar zaczął wymykać mu się spod kontroli. Patrzył na Yasina, siedział blisko, słuchał jego głosu i coraz częściej atakowało go pragnienie, by zbliżyć się bardziej, pokonać ostatnią barierę przyzwoitości i zatonąć w jego ustach gorącym pocałunkiem... albo chociaż dotknąć, nacieszyć palce gładką fakturą jego skóry! Lecz nie mógł. Nie miał świadomości uczuć, jakie żywił do niego przyjaciel - a to odbierało zwyczajną dla Wayne'a odwagę. Gdyby nie łączyło ich to silne, niemalże braterskie powiązanie, pewnie odważyłby się na szczerość już dawno, czując, że niewiele ryzykuje - bo przecież jeśli zniechęciłby prawie obcą sobie osobę miłosnym wyznaniem, nic by się nie stało. Zranione serce upuściłoby nieco krwi, ale czy coś więcej by stracił? W przypadku Yasina natomiast czuł, że ma do stracenia znacznie więcej. Panicznie bał się zniszczenia ich przyjacielskiej relacji, a przecież przyznanie, że czuje coś więcej, że pragnie jego towarzystwa go w inny, głębszy sposób, mogło zmienić wszystko na zawsze. Albo wybuchnąć radością, gdyby okazało się, że przyjaciel odwzajemnia te piękne uczucia... albo zrujnować ich przyjaźń, budowaną od miesięcy na solidnych fundamentach - jak sądził Wayne - zaufania. A jak można ufać komuś, kto kocha niechcianą miłością? Och, to było zbyt wielkie ryzyko!
Chłopak uznał, że jeśli ryzyko szczerości sięgnąć może ochłodzenia lub całkowitego zerwania kontaktów z Yasinem, woli nie ryzykować. Świadomie wybrał milczenie, co okazywało się coraz trudniejsze, coraz bardziej wymagające, coraz szerzej rozdzierające serce - które Wayne sam zranił swoją decyzją. Kiedy zaś Wayne przestał sobie z nim radzić, zaczął wycofywać się, uciekać, spędzać więcej czasu w rodzinnym domu i pod pretekstem zadbania o zdrowie psychiczne matki, nawet opuszczać zajęcia na uczelni. Ten pokręcony sposób radzenia sobie z własnymi uczuciami był niewątpliwym błędem, który zaczynał oddalać przyjaciół od siebie. Ograniczenie spotkań, rzadsze odzywanie się do Yasina... musiał zauważyć, że dzieje się coś złego i zapewne nie dawał wiary wyjaśnieniom, że chodzi o problemy rodzinne. Przecież jeszcze niedawno brał w nich udział, wspierając Wayne'a po śmierci ojca!
Tamto popołudnie mieli w końcu spędzić razem. Wayne składał w głowie różne scenariusze ich spotkania, próbując znaleźć wiarygodnie brzmiące wyjaśnienia ostatnich tygodni, kiedy tak ograniczał ich kontakty i nieśmiało rozważając zebranie się na szczerość, by przerwać katusze milczenia - jakakolwiek reakcja by go na to nie spotkała! Lecz nie było mu dane tego dnia ani wyznać przyjacielowi miłości, ani nakarmić go kolejną dawką naciąganych wymówek, by nie przyznać się, że ucieka, bo kocha i boi się własnego uczucia. Ba, nie dane mu było go nawet zobaczyć całego i zdrowego!
Obrazy tamtych chwil odtwarzały się w jego wyobraźni jak zapętlone nagranie, które zacięło się i nie da się go zatrzymać, choć niszczy nieustannym wałkowaniem tych samych, traumatycznych scen. W jednej chwili poczuł w żołądku delikatny ucisk podenerwowania, gdy z okna swojego salonu patrzył na zbliżający się samochód Yasina, by w kolejnej - jego serce na ułamek sekundy stanęło z przerażenia i rozpaczy. Widział, jak to znajome auto z dużą prędkością wypada z drogi i koziołkuje bezlitośnie ze złowieszczym hukiem, aż zatrzymuje się na pniu drzewa. Co działo się później? W uderzonej szokiem pamięci Wayne'a zapisały się jedynie skrawki kolejnych wydarzeń. Słyszał swój krzyk, który wydarł się z płuc bezwiednie, zupełnie bez udziału świadomości. Pamiętał rozmytą od pędu klatkę schodową, gdy zbiegał po schodach, przeskakując niebezpiecznie po kilka stopni, by jak najszybciej znaleźć się na dole. Widział, jak jego palce trzęsły się, gdy usiłował wybrać odpowiednie cyfry na ekranie smartfona - co na szczęście udało mu się na tyle szybko, by był pierwszym ze świadków wypadku, który wezwał pomoc.
W jego pamięci zapisał się również strach. Bał się, co zobaczy. Przerażała go myśl, w jakim stanie może być Yasin. A jeśli... zajrzałby przez rozbite szyby samochodu i ujrzał jego stygnące, pozbawione życia ciało? Tak bardzo bał się, lecz poczucie, że musi być przy ukochanym, pchało go nieśmiało w stronę zniszczonego samochodu. Los na szczęście oszczędził mu najgorszych widoków, bowiem pomoc pojawiła się niemal natychmiast, odgradzając gapiów od poszkodowanego... lecz widok zbroczonego krwią, usztywnionego na ratowniczych noszach ciała wstrząsnął nim tak, że niemal pozbawił na chwilę przytomności. Nogi zmiękły, serce zabiło mocniej, a szum skołował głowę. Wciąż nie wiedział, jakim cudem wtedy nie upadł.
Szpital stał się bolesną codziennością. Wieści o odniesionych przez Yasina obrażeniach napełniały serce nadzieją, że wszystko będzie dobrze - lecz strach wcale nie malał. Mieszał się z rozpaczą na widok jego ciała, znieruchomiałego w sztucznym śnie, oszpeconego otarciami, siniakami i usztywnieniem połamanych żeber. Szpitalna sala była teraz jak drugi dom, z którego Wayne wybywał tylko wieczorem, gdy pielęgniarki ostrym tonem kazały mu wreszcie iść do domu i się przespać, tylko... czym był ten dom? Dom jest tam gdzie mieszka miłość, powiadają - jego chwilowo zamieszkała w tej białej, sterylnej pościeli.
Czekał, aż lekarze zdecydują się rozpocząć wybudzanie przyjaciela z podtrzymywanego chemią snu. To długi proces, który miał rozpocząć nowy etap - ukazać, czy wstrząs i uderzenie nie doprowadziły do zaburzeń neurologicznych. Tak niewiele przecież było potrzeba, by delikatny mózg doznał uszkodzeń! By nie oszaleć w chwilach nerwowego oczekiwania, Wayne mówił. Nieustannie zagłuszał dudnienie ciszy swoim głosem. Choć nie miał pojęcia, czy Yasin cokolwiek słyszy, opowiadał mu o wszystkim, co tylko wpadło do głowy - streszczał codzienne wiadomości z kraju i ze świata, wspominał najpiękniejsze chwile, które spędzili razem, dzielił się wspominkami z dzieciństwa, mówił o ciekawostkach przyuważonych na szpitalnych korytarzach. Oraz wyznawał uczucia, a w zasadzie - wyznał je raz.
I wtedy stało się to, o czym tak bardzo marzył.
Ściskała rozpaczliwie dłoń, na którą padał wzrok Wayne'a poruszyła się. Tak, to nie były halucynacje od braku snu, Yasin poruszył palcami! Nie tylko ujrzał to, ale też i poczuł, jak palce przyjaciela słabo zaciskają się na jego własnych. Serce przyspieszyło, a całe zmęczenie wyniszczającym stresem ostatnich dni zniknęło, jakby Wayne dostał właśnie solidnego kopniaka energetycznego. Gwałtownie podniósł wzrok na twarz Yasina, by zobaczyć delikatny ruch jego ust, rozchylone powieki i... usłyszeć jego cichy, słaby głos. Delikatny, ledwie dosłyszalny, ale tak realny!
Yasin wracał.
- Y- yasin... - zająknął się rozedrganym emocjami głosem. - Boże, wreszcie... spokojnie, jestem tu przy tobie i... ja... zaraz zawołam kogoś!
W falę szczęścia wkradła się chwilowa panika. Powinien wezwać lekarza, prawda? Albo chociaż pielęgniarkę? Rozejrzał się gwałtownie, tak bardzo nie chcąc odchodzić od łóżka ukochanego przyjaciela i w końcu dostrzegł przycisk przy łóżku. Sięgnął doń i nacisnął, wzywając pielęgniarkę.

Yasin WoodwardObrazek

Awatar użytkownika
22 y/o
174 cm
hello, it's me
Wybudził się niedawno ze śpiączki i w końcu wyznał miłość Wayne'owi, którego kocha ponad życie i to z nim chce spędzić resztę życia. Poza tym nikt nie zna ani jego przeszłości, ani prawdziwej tożsamości poza siostrą i ukochanym Wayne'm.

Post Yasin Woodward »

Yasin mimo bezwładnego leżenia wśród rażącej bieli... nieprzerwanie czuł obecność ukochanego przyjaciela. To mu wystarczało i dodawało otuchy. Pomagało mu przetrwać ten najgorszy okres, kiedy trwał w tej przeklętej śpiączce. Niby świadomość była tu z nim niezmiennie, a nijak nie kontaktował. Gdyby mógł... wyrwałby się z tego snu natychmiast i rzucił Waynowi w ramiona, by nie musiał się niczym martwić, bo nic nie było w stanie go od niego odciągnąć ani odstraszyć... zupełnie nic.
Nie miał mu za złe, że się od niego wtedy odsuwał. Tłumaczył to sobie tak, że pewnie miał ku temu jakiś ważny powód. Z jednej strony rozumiał jego zmartwienie mamą... z drugiej, coś mu tutaj nie pasowało. I choć nie chciał się mu narzucać... wewnętrznie go ta rozłąka coraz gorzej bolała, nie mógł jej znieść. Dlaczego tak nagle coraz rzadziej się spotykali...? Nic sensownego nie przychodziło mu do głowy... aż do tej konkretnej chwili, gdy za sprawą tego, iż Wayne się przed nim bardziej otworzył i do niego mówił różne rzeczy, o których dotychczas nie miał pojęcia... stało się to dla niego jasne niczym słońce. On najzwyczajniej w świecie... czuł do niego dokładnie to samo, jednocześnie posiadał podobne lęki do Yasina! Obaj żyli w nieświadomości o uczuciach tego drugiego. Strach finalnie stracił na sile i dzięki temu... łatwiej przyjdzie mu wyrzucić z siebie to, co go tak niemiłosiernie męczyło! Nie będzie skrywał przed nim niczego. Już nigdy więcej.
Jak dowie się, że to Wayne był jego bohaterem i to dzięki niemu tak naprawdę przeżył... chyba się tam rozpłacze z nadmiernego szczęścia! Boże... ileż on dla niego znaczy. Koniec z milczeniem. Dziś... postawi na szczere wyznania. Nie można w nieskończoność chować w tajemnicy czegoś, co prędzej czy później i tak wyszłoby na jaw... Powinien się odwdzięczyć tym samym, skoro on przez cały ten czas, kiedy on nie mógł mu odpowiedzieć... dzielił się z nim każdym najdrobniejszym detalem. Zasługiwał na prawdę. Zasługiwał na wszystko co najlepsze.
I tym sposobem wrócił do świata żywych. Usłyszawszy swe imię i dostrzegłszy nareszcie wyraźną sylwetkę tej jakże przystojnej twarzy, nie odczuwając przy tym grama wstydu... do oczu napłynęły mu łzy wzruszenia. Pozwolił im swobodnie spłynąć i zamoczyć pościel. Trudno i tak już była nimi przesiąknięta po całości, więc kolejna dawka nie zrobi jej żadnej różnicy! Żeby się upewnić, iż dobrze widzi... oswajając się z oświetleniem, otworzył całkowicie oczy, odsłaniając swe ciemnobrązowe tęczówki, w których na nowo rozbłysnęła radość. Na wzmiankę o pielęgniarce zesztywniał i wzdrygnął się, potrząsając przecząco głową.
N-nie! Nie musisz na razie nikogo wzywać... czuję się całkiem nieźle. Wolę... od ciebie dowiedzieć się, co... się stało. Dlaczego tu w ogóle jestem...? J-jak długo tu t-tkwię...? — wyznał wciąż słabym, acz już odrobinę żywszym głosem. Był mocno ochrypnięty, ale dostatecznie klarowny. Nie obyło się od podstawowych pytań na wstępie. Mimo ciągłego osłabienia, udało mu się ścisnąć dzierżoną przez niego dłoń Wayne’a, sugerując tym samym, by chwilowo się wstrzymał z czyjąkolwiek inną obecnością niż on sam. Nie chciał ich tu. Jeszcze nie w tej chwili... patrzył na niego błagalnym wzrokiem. — Cholera... moment wypadku pamiętam jak przez mgłę... myślałem, że umarłem! Miałem chyba jakieś omamy... mówię ci, co za faza! Czy cokolwiek to było! — obwieścił, jakby dostał jakiegoś silnego kopa energetycznego, nie mogąc trzymać buzi na kłódkę. To co w sobie tłumił... stopniowo właśnie dawał temu upust, kompletnie tego nie kontrolując. Dał temu swobodnie płynąć... było to konieczne! — A potrzebuję tylko ciebie Waynie... bo chcę ci tak dużo powiedzieć! I c-chyba... jeśli się nie przesłyszałem i rzeczywiście mój umysł rejestrował co do mnie mówisz, bo byłem pewien, że to był cały czas twój cudowny głos... t-to... — ciągnął dalej, nie mogąc zbytnio zapanować nad swymi emocjami. Zbyt mocno mu się to cisnęło, zatem nie próbował tego powstrzymywać. Będzie co ma być! Z nerwów aż przygryzł swą dolną wargę, co nieświadomie... uczynił ciut zbyt kusząco i seksownie. — ... c-czy to prawda, ż-że... mnie k-kochasz...? W-wiem, j-j-jak teraz brzmię... a-ale mógłbym p-przysiąc, że takie słowa p-padły! Cóż za ironia losu... ja również byłem tchórzem... zdecydowanie za długo zwlekałem! — przyznał smutno, spuszczając na krótko wzrok gdzieś w dół prosto na kołdrę, którą miał pod sobą i w dalszym ciągu był nią opatulony prawie pod samą szyję. Dziwnie mu z tym było, ale... nie był w stanie gapić się na jakiś przypadkowy punkt, toteż przekręcił swą facjatę z powrotem na oblicze Wayne’a i już nie uciekał od niego spojrzeniem, na dłużej zatrzymując na jego osobie te swoje duże, błyszczące dziwnym blaskiem ślepia. Gdyby to nie utkwiło tak mocno w jego pamięci... raczej by się nie ośmielił aż tak, by tyle z siebie wydusić za jednym zamachem. A tak... już nie dbał o konsekwencje mając świadomość, że... jego miłość jest odwzajemniona!
Chcę żebyś wiedział... że nigdy w życiu nie mógłbym mieć do ciebie o nic pretensji. Nie zniszczyłeś naszej przyjaźni... kurwa, nie wiem czy ja jej nie zniszczę... Ku gwoli ścisłości... j-ja też cię k-kocham! Tak bardzo! Po to się tamtego dnia do ciebie wybierałem... by ci to wyznać... i nie tylko to... pragnę, byś poznał całą moją przeszłość... tylko boję się... tak bardzo się boję, że po tym co usłyszysz zmienisz o mnie zdanie... ale ja już dłużej nie mogę tego w sobie kisić... Obiecaj, że wysłuchasz mnie do końca... zanim do tego przejdę... — wydusił niemal na jednym tchu, cały drżąc i urwał niespodziewanie, nie dokańczając swej wypowiedzi. Zacinał się gdzieniegdzie i trochę jąkał, choć już nie tak jak miało to miejsce nieco wcześniej. Mimo wszystko odczuł przeogromną ulgę na sercu i duszy, że wreszcie mógł mu przytoczyć te dwa piękne słowa! Nie miał pewności czy dobrze zrobił, lecz czuł, że musi tak postąpić. W innym wypadku by tego pożałował... to samoistnie się już z niego wylewało, wręcz strumieniami. Tak to przeżywał, że normalnie potok słów wydobywał się z jego aktualnie spierzchniętych ust. Do tego tak dużo nawijał, że aż zaschło mu w gardle.
W międzyczasie kiedy się uzewnętrzniał... nie ośmielił się puścić jego dłoni, którą wręcz ściskał coraz mocniej w swojej... jego serce obrało niepokojąco szybkie obroty, jakby miało zaraz co najmniej wyrwać mu się z piersi. Zsunął z siebie kawałek kołdry i dźwignął się nieznacznie na łokciach do pozycji półsiedzącej i niespiesznie przybliżył swą twarz do tej należącej do Wayne’a. Nie odczuwał już przeszywającego bólu, a lekkie ciągnięcie w okolicach żeber. To pewnie szwy. Nic takiego, co by miało mu jakkolwiek zagrażać. Był z deka osłabiony, ale nie na tyle, by nie mógł wykonać teraz większej gamy ruchów. Sięgnął drugą wolną ręką do jego policzka, aby go po nim musnąć, dotknąć po raz pierwszy tak czule… wkładając w ten gest wszystko to, co do niego czuje... Przesunął kciukiem wzdłuż kości policzkowej i zaczął po niej jeździć, to w górę to w dół. Na ustach Yasina uformował się szeroki, piękny uśmiech, jakim go obdarzył... właściwie po raz pierwszy, nigdy nie zdarzyło mu się uśmiechnąć w tak szczególny sposób jak teraz! Działo się to machinalnie... patrząc na niego, świeciły mu się oczy, rozbłysły te jego iskierki, w które Worrell tak uwielbiał się wpatrywać. Jego twarz przybrała wyrazistszych, różowych barw, mocno kontrastujących z niepokojąco bladą skórą, którą już z natury miał niebywale jasną. W końcu barwy wzmocniły się, zmieniając w szkarłatną czerwień, piekąc go, a całe jego ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Przełknął ślinę, zmniejszając dystans między nimi do minimum... by ostatecznie przytknąć czoło do jego czoła... i nadzwyczaj niesfornie i delikatnie złączył swe wargi z jego wargami, składając na nich pełen czułości pierwszy pocałunek. Był w niebie, tego pragnął... nic nie mogło go zatrzymać, już nic! To było silniejsze od niego. Wreszcie zasmakował tych słodkich ust, które miały taki przecudowny kształt serca... nie chciał się od nich odrywać; mógł trwać w tej pozycji w nieskończoność! Zatracił się w tej pieszczocie. Tak bardzo napawała go ta specjalna chwila szczęściem, że nie potrafił tego aż wyrazić na głos. Nie musiał... już i tak potwierdził prawdziwość swoich uczuć do niego. — P-przepraszam... j-ja... od dawna chciałem to zrobić... — wyszeptał spanikowany, odsuwając swą twarz na kilka milimetrów od niego, choć nadal przylegał do niego kusząc się o potarcie czubkiem nosa o ten należący do Wayne’a... Wpatrywał się w niego z bliżej nieokreślonym lękiem, ale nie poruszył się już wcale, chłonąc bijące od niego ciepło. Czekał na jego reakcję, nie wiedząc czego się spodziewać i tak... tonął w jego oczach, nieśmiało odważając się niekiedy znów prawie nieodczuwalnie musnąć jego soczyste usta swoimi, ogrzewając go przy tym swym przyspieszonym oddechem...

Wayne Worrell
Obrazek
BOGATE CV WHEN WE WERE YOUNG MUZYK Zainwestowałem/am w motor Gram na pianinie

Awatar użytkownika
22 y/o
177 cm
hello, it's me
Ciekawi cię, co siedzi obecnie w głowie Wayne'a? Yasin, studia, Yasin, "świat jest piękny", Yasin, ostatnia praca, Yasin, nowy sezon teatralny oraz Yasin.

I jeszcze trochę Yasina!

Post Wayne Worrell »

Mnóstwo razy zastanawiał się, czy Yasin go słyszy, czuje, czy ma pojęcie o jego obecności - obiło mu się o uszy tak wiele teorii na temat świadomości osób pogrążonych w śpiączce, że nie wiedział, w co ma wierzyć. Jedni wybudzeni z tego przeraźliwego zawieszenia między życiem a śmiercią deklarowali, że pamiętają, co mówili do nich bliscy, inni z kolei utrzymywali, iż nie byli świadomi absolutnie niczego... jak mogło być z jego ukochanym? Był pewny, że kiedyś go o to zapyta, ale w chwilach oczekiwania na poprawę jego stanu, na ten wymarzony moment, w którym w końcu usłyszy od lekarzy, że jest odpowiedni czas, aby przywrócić Yasina do żywych, nie zwątpił ani na moment, że warto być przy nim. Spędzać każdą możliwą chwilę nad jego szpitalnym łóżkiem, mówić, opowiadać, gładzić nieśmiało dłoń i ciepłymi monologami osładzać sobie dłużące się godziny oczekiwania. Mimo wątpliwości wolał wierzyć, że ukochany przyjaciel coś słyszy - chyba tylko ta wiara nie pozwoliła mu oszaleć ze stresu, niewyspania i wściekłości na całą te sytuację oraz tajemniczego sprawcę wypadku, o którym tak niewiele udało mu się dowiedzieć. Policja nie chciała udzielać zbyt wielu informacji, niemniej nie musiała. Nic nie było w stanie usprawiedliwić tego człowieka, a tym bardziej zmyć grymasu nienawiści z twarzy Wayne'a za każdym razem, kiedy tylko o nim pomyślał.
- Al... - zająknął się tylko na tę wyraźną odmowę wezwania pielęgniarki i zawahał przed chwilę, z palcami nadal przytkniętymi do ulokowanego w ścianie przycisku. W tej chwili rozdarcia, intensywnego namysłu, przemknęły mu przez głowę różne możliwości - co powinien zrobić? Rozsądek nakazywał odczekać, aż pielęgniarka przyjdzie i zapewne wezwie lekarza, by zabrać przyjaciela na badania, lojalność wobec Yasina i serce, skołowane dziesiątkami emocji, popychały ku ulegnięciu prośbie ukochanego. W końcu po kilku sekundach zastanowienia, Wayne ponownie naparł palcami na przycisk, odwołując pielęgniarkę. To przecież może poczekać chwilę, może dwie. A Yasin... tak bardzo Wayne chciał nacieszyć się jego powrotem, nakarmić wzrok iskrami, które migotały w jego pięknych oczach! Teraz jego oczy błyszczały od łez, które zebrały się solidnie również pod powiekami Wayne'a.
Potrzebowali tej chwili sam na sam. Choćby kilku minut.
A kolejne minuty przyniosły wyznanie, które kiedyś zdawało się mieć prawo bytu jedynie w śmiałych marzeniach Wayne'a, żyjącego długo w przeświadczeniu, że z Yasinem łączy go jedynie przyjaźń. Czuł, jak palce chłopaka mocniej zaciskają się na jego dłoni w miarę kolejnych padających słów. Te słowa zaś wywołały ognistą burzę w duszy, która zapłonęła radosnym ciepłem. Lodowata sterylność i bezpłciowa biel szpitalnej sali została przełamana uczuciami tak wesołymi, jakie rzadko zapewne można zaobserwować w budynku przepełnionym strachem, płaczem i bólem ostatnich pożegnań. Wayne słuchał, a jego twarz skamieniała w zdumieniu.
To naprawdę możliwe? Mogli tak boleśnie mijać się przez długi czas? Potrzebowali takiej tragedii, by zebrać się w sobie i wreszcie odważnie wyznać, że się kochają? Wayne w całym tym przypływie radości poczuł się cholernie głupi i ślepy, że wcześniej nie dostrzegł sygnałów, iż znaczy coś więcej dla przyjaciela. Miał dziesiątki sytuacji, by przejąć inicjatywę i zdobyć się na wyznanie mu miłości, a trwał w swojej bańce strachu, równie nieprzyjemnej, co wygodnej. Mogli już od miesięcy rozwijać miłosną relację, o której obaj skrycie marzyli... ale lepiej późno niż wcale. Uczucie zwyciężyło obawy i niepewności, ukazując swoją wszechmocną naturę.
I choć długo nie odpowiadał, wręcz spijając łapczywie każde słowo wypływające z pobladłych od szpitalnej słabości warg Yasina, choć na jego twarzy nadal malowało się zdumienie, trwałe tak, jakby zostało wykute jak w litej skale, teraz również i w oczach Wayne'a zatańczyły te błyski radości. Sam odwzajemnił mocniejszy uścisk, wpijając palce z siłą, ale też i wyczuciem, w dłoń przyjaciela i w końcu wymusił na zaskoczonej twarzy ruch, wyginając wargi w łagodnym, muśniętym błogością uśmiechu, kiedy Yasin sięgnął do jego twarzy i począł pieszczotliwie błądzić palcem po jego policzku. Nachylił się nad nim mocniej, zupełnie instynktownie wychodząc mu naprzeciw, kiedy ten zdecydował się zmniejszyć dystans dzielący ich usta i odwzajemnił jego pocałunek. Była to delikatna, łagodna pieszczota, choć w jej niepozornej subtelności zapisała się cala gama uczuć, teraz rozdzierających wręcz rozkołatane serce chłopaka. Ich usta w końcu rozłączyły się, a gdy Yasin wyszeptał przeprosiny, Wayne delikatnie pokręcił głową i poszerzył ciepły uśmiech. Nie odsunął się. Pragnienie tej bliskości było zbyt silne.
- Nie przepraszaj, Yasin. Bo... wszystko, co słyszałeś, było prawdą. Już dawno chciałem... właściwie chciałem powiedzieć ci to tego dnia, kiedy miałeś wypadek... bałem się, wahałem, ale nie mogę tego dłużej w sobie dusić. Kocham cię. Zakochałem się w tobie, kiedy tylko cię zobaczyłem... piękny, tajemniczy, pociągający... każdy dzień z tobą, każda rozmowa, odkrywanie kolejnych kawałków twojego charakteru wzmacniało to uczucie. Bałem się przyznać, bo... nie wiedziałem, co myślisz, czujesz... czy interesuję cię jako ktoś więcej niż przyjaciel... - zaczął w końcu wyznawać wszystko, co zalęgło się w jego sercu i umyśle - uczucia i obawy. Walczyły ze sobą przez długie miesiące, by dziś wreszcie miłość wygrała ze strachem. Ten drugi zniknął wreszcie i wyznanie miłości stało się znacznie prostsze niż Wayne podejrzewał. Słowa same wypływały z ust, formując się w kolejne szczere zdania. - Ale teraz się nie boję. Gdy poczułem, że mógłbym cię stracić... że mógłbyś odejść i nigdy nie poznać prawdy... nie mogłem do tego dopuścić. Powiedziałem to wreszcie raz i będę powtarzał bez cienia strachu. Kocham cię.
Musnął usta blondyna kolejnym delikatnym pocałunkiem, by owiać wilgotne wargi ciepłem swojego oddechu, gdy przemówił po raz drugi.
- Nie ma dla mnie znaczenia twoja przeszłość. Nic nie jest w stanie zmienić moich uczuć do ciebie. Cokolwiek chcesz mi powiedzieć, pamiętaj o tym i nie bój się - dodał, posyłając długie spojrzenie prosto w ciemne oczy Yasina. Ciemne, kuszące i tajemnicze jak zawsze.
Och, gdyby tylko Wayne zdawał sobie sprawę, ile tajemnic kryje się za kotarą tych ciemnych tęczówek!

Yasin Woodward

Awatar użytkownika
22 y/o
174 cm
hello, it's me
Wybudził się niedawno ze śpiączki i w końcu wyznał miłość Wayne'owi, którego kocha ponad życie i to z nim chce spędzić resztę życia. Poza tym nikt nie zna ani jego przeszłości, ani prawdziwej tożsamości poza siostrą i ukochanym Wayne'm.

Post Yasin Woodward »

Najwyraźniej Yasin należał do tej grupy, która słyszała niemalże wszystko co Wayne do niego mówił podczas śpiączki. Sam nie mógł być pewien czy jego mózg zarejestrował dosłownie każdą przekazaną przez niego informację. Najważniejsze, iż dotarły do niego te kluczowe fakty. A dowiedzieć się, że obiekt jego westchnień odwzajemnia jego uczucia było wystarczająco wspaniałą nowiną, by go nabuzować pozytywną energią i większą motywacją do działania zaraz po przebudzeniu. Docenił sam fakt, że tak dzielnie przy nim trwał przez cały ten czas, kiedy był niedysponowany i nie mógł się do niego odezwać ani słowem... Dlatego słuchanie jego głosu było dla niego tak ważne, osładzając jego duszę oraz serce. Gdyby mógł, sam wyrwałby się z długotrwałego snu dużo wcześniej, bo tak bardzo chciał do niego wrócić, a był tak uziemiony i bezbronny...
Czy odczuwał wtedy na swej skórze jego dotyk...? Tego sam nie był pewien, ale... odkąd odzyskał świadomość, nie zastanawiał się nad tym. Momentalnie dotarło do niego, że ukochany go trzyma za dłoń i ją gładzi, co było wystarczająco przyjemne na powitanie po tylu dniach nieobecności... Nic dziwnego, że wylał się z niego tak ogromny potok słów skierowanych bezpośrednio do niego! A to nie koniec, najważniejsze miało dopiero nadejść... Padły pierwsze zdania, a Yasin nie chciał jeszcze tutaj pielęgniarki. Wolał nacieszyć się bliskością i obecnością Wayne'a... badania rzeczywiście mogły poczekać w tak istotnej dla nich chwili. Odetchnął z jawną ulgą, że mu uległ i uszanował jego prośbę. Parę minut wspólnie spędzonych nie zrobi większej różnicy... tak mu się wydawało. Poza tym musiał mu opowiedzieć wszystko, co w nim siedziało i dopóki tego nie zrobi, nie uda mu się całkowicie rozluźnić ani uspokoić chaosu myśli, które lawinowo przeplatały się nieustannie przez jego umysł. Uświadczywszy perliste krople na jego przystojnej twarzy, odruchowo sięgnął do niej wolną ręką, aby je powoli, choć nieśmiało zetrzeć. Nie lubił patrzeć na jego łzy, nieważne dlaczego się one na niej w ogóle pojawiały. Tym drobnym gestem chciał mu przekazać, że wszystko jest z nim w najlepszym porządku i nigdzie się nie wybiera.
Ujawniając mu swoje prawdziwe uczucia... cały czas obserwował jego reakcję i mimikę twarzy z lekkim strachem, ale jednocześnie... powoli lęk przed ewentualnym odrzuceniem zanikał, a on nabierał coraz większej odwagi do pełnego otwarcia się przed Wayne'm. Ach, gdyby tylko tamtego felernego dnia nie potrącił go samochód… szybciej doszłoby do miłosnych wyznań, a tak niestety przerwała im w tym ta niefortunna tragedia... Dosłownie szczęście w nieszczęściu! Przynajmniej ani jeden ani drugi nie będą musieli dłużej wstrzymywać się ze swymi uczuciami i tak skrzętnie ich ukrywać. Nigdy więcej. Teraz już było oczywiste, że ich miłość jest silniejsza od wszelkich przeszkód i nic jej nie może zniszczyć!
Jego mina mówiła wszystko, co potwierdzało, że Yasin nie musi się niczego obawiać. Radości nie było końca, kiedy to Wayne odwzajemnił jego czułe gesty. Mimo bladości i spierzchniętych warg, uśmiechał się do niego szeroko i szczerze. Nigdy w życiu nie czuł się tak szczęśliwy! Zatracił się w tym słodkim pocałunku, smakując jego usta najdłużej jak było to możliwe. Nie miał ochoty tego przerywać; ogarnęła go błogość i spełnienie. Serce na nowo przyspieszyło bicia, obijając się z dużą siłą o jego żebra, lecz nie dbał o to. I choć ich wargi się od siebie finalnie oderwały... dłoni ani mu się śniło puszczać, wręcz zaciskał sine palce mocniej, masując te należące do Wayne'a. Nie zamierzał się wyswabadzać z tej rozkosznej plątaniny, w jaką ich wpakowywał co rusz. Łaknął jego zmysłowego dotyku, pragnął więcej... Krzywił się na samą myśl, że chwilowo i tak na zbyt wiele sobie nie pozwolą, w związku z czym każdy rodzaj kontaktu fizycznego był dla niego ukojeniem. Największą pociechą było to, iż w dalszym ciągu przy nim trwał i ani na milimetr się od niego nie odsunął. Czuł na sobie jego gorący oddech, sam obdarzając go własnym, równie nabuzowanym wyższymi temperaturami. Atmosfera zdecydowanie zaczynała nasiąkać erotycznym napięciem... Cóż, to że Woodward był nieco ograniczony bynajmniej nie oznaczało, że zupełnie nie mógł sobie pozwolić na kilka konkretniejszych pieszczot. Druga ręka bezwiednie błądziła po jego policzku, raptownie usytuowawszy ją na większej powierzchni i go zwyczajnie objął dość sporą dłonią i delikatnie po nim nieprzerwanie głaskał.
Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę! Cóż za zrządzenie losu... To musi być przeznaczenie... jesteśmy dla siebie stworzeni! Uwierz mi... interesowałeś mnie niesamowicie. Och, taki niezwykle seksowny i pociągający... przyciągałeś mnie do siebie niczym magnes... — przyznał śmielej, powoli zgniatając resztki swej nieśmiałości, którą odrzucił już praktycznie w zapomnienie, w najdalszy kąt. — Ja... bałem się zakochać, ale to było silniejsze ode mnie... wzięło mnie już na tamtej imprezie. Ze strachu chciałem się przed tym bronić. Bezskutecznie. Uczucie zwyciężyło. Byłeś dla mnie jak takie serdeczne słońce... to ty roztopiłeś lód w moim sercu, które... należy już tylko do ciebie. — kontynuował, a jego oczy lekko się zaszkliły. Słowa Worrell'a były takie piękne, urzekające... nie sposób było się nie rozkleić. Przycisnął z wrażenia swoje czoło do jego czoła, muskając końcówką nosa o ten należący do Wayne'a. Szczerzył się jak taki zakochany szczeniak... którym zresztą był. — Nie stracisz mnie. Nie ma takiej opcji! Obiecuję ci, że zawsze będę z tobą szczery. Będę mówił ci wszystko, bo nie mam już nic do ukrycia... Ja też cię kocham. Do szaleństwa! Ufam ci bezgranicznie, dlatego... pragnę podzielić się z tobą moją historią z większymi szczegółami. — nie mając już absolutnie żadnych wątpliwości, mógł przejść do poważniejszej sprawy jaką... było zdradzenie pozostałych tajemnic, jakie w sobie skrywał. Dla niego mógł zrobić wszystko, nie bał się przyznać do najgorszego. Już nie. Po takich zapewnieniach? Zanim się do tego zabrał... rozkoszował się kolejnym dotykiem jego wilgotnych warg, które ochoczo nacierały na jego własne, sprawiając mu tym samym dodatkową przyjemność. Rozpływał się. Pokiwał głową na znak, iż jego wypowiedź do niego dotarła. Cmoknął go ostatni raz i zaczął psychicznie przygotowywać do swej opowieści, oddalając się od jego piekielnie kuszących ust zaledwie o parę milimetrów, acz czyniąc to z dość głośnym mlaśnięciem.
Dobrze, może zacznę od początku... Yasin Woodward to moja fałszywa tożsamość. Tak naprawdę nazywam się Seongbae Sin. Urodziłem się w Korei Południowej. Jednak przyzwyczaiłem się do nowego imienia i wolałbym przy nim pozostać. Poza moją siostrą, tylko ty będziesz o tym wiedział. Niech tak zostanie. — zaczął, czując jak mimowolnie przylega do chłopaka swym ciałem i bezsprzecznie potrzebuje jego oparcia, a wraz z tym ciepła. Nie musiał się dłużej lękać niczego. Co nie zmienia faktu, że mówienie o rodzicach było dla niego nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że dosłownie przed każdym dotychczas zatajał te informacje. — Dlaczego właściwie zmuszony jestem ukrywać prawdziwe nazwisko? To wina mojego ojca... przez niego wszystko się spieprzyło. Nienawidzę go... Niestety wpakował się w jakieś ciemne interesy, które w ogóle mnie nie obchodziły. Nie chciałem się w to co robi mieszać. Ale nie mogłem patrzeć na to jak zaczął traktować moją mamę... jak jakąś zużytą szmatę... — przy tych zdaniach z kolei głos mu wyraźnie się załamał, a jego ciało zadrżało niepokojąco. Przejdzie mu... wymagało to od niego dużych pokładów siły, więc takie reakcje nie były niczym dziwnym. Ewidentnie nie było to dla niego łatwe, przychodziło wręcz z trudem, ale był gotowy mu o tym wszystkim powiedzieć. Jak nigdy wcześniej. Już więcej strach nie przejmował nad nim kontroli. — Kiedy ponownie podniósł na nią rękę, chciałem ją obronić, lecz... byłem zbyt mały i słaby. Oczywiście łatwo sobie ze mną poradził... odepchnął mnie, nakrzyczał i przypalił rozżarzoną końcówką papierosa moje prawe ramię... Od tamtej pory się go bałem, żywiąc do niego coraz większą odrazę, wściekłość... nazwał mnie przy okazji niewdzięcznikiem... — ton blondyna był coraz cichszy, przeobrażając się nieomal do szeptu, choć w dalszym ciągu dało się go usłyszeć. Dzięki temu, że znajdywali się tak blisko siebie... Przełknął ślinę, czując jak powoli pragnienie daje o sobie dosadnie znać. Musiał się czegoś napić. Zrobi to jak skończy... był zdeterminowany, aby się tym z nim podzielić do końca! — Patrz Waynie, tutaj mam tatuaż, który sobie zrobiłem w wieku szesnastu lat, żeby zakryć blizny. Nie było jakoś okazji na pokazanie ci go... a nie chciałem też wymyślać tandetnej historyjki na poczekanie. Zbyt mocno mi na tobie zależy... Jednak teraz już wiesz. — wydusił z delikatnym uśmiechem, po czym rozchylił rękawek swojej koszulki i pokazał mu tego cudownego smoka, przeplecionego ślicznymi czerwonymi różami. To one głównie maskowały jego niedoskonałości w tym konkretnym miejscu. Przysunął odsłoniętą rękę bliżej chłopaka, coby mógł lepiej się temu wzorowi przyjrzeć. — A ojciec... kompletnie przepadł w tej przeklętej mafii, zmieniając się nie do poznania... dalej było znacznie gorzej. Moją mamę to przerosło i popadła w głęboką depresję, a ostatecznie... popełniła samobójstwo... okropnie to przeżyłem. Chyba... do tej pory nie pogodziłem się z jej śmiercią... — załkał donośniej, pozwalając tym razem spłynąć łzom, które długo się formowały w kącikach dolnych powiek, aby ostatecznie wycieknąć z nich ku dołowi, kapiąc na ubranie Wayne'a i go nimi nieznacznie mocząc. Czuł, że... nie wytrzyma i puszczając nagle jego policzek, wtulił się w niego mocno, siorbiąc nosem. To wspomnienie bolało go najbardziej... Ta druga ręka Yasina twardo trwała w uścisku z dłonią ukochanego. — Wiesz, to właśnie ją widziałem zanim do ciebie wróciłem... Nie wiem co to było, ale coś w rodzaju... wyboru? Tak bardzo chciałem zobaczyć ją chociaż na chwilę... lecz jeślibym miał wybierać między tobą a nią... wybór ten był dla mnie oczywisty... — dodał pokrótce wciąż łamliwie, ale starał się dla niego to dzielnie znosić. Wodził palcami po jego plecach, początkowo przez materiał ubrania, aż dotarł do zakończenia bluzki... pod którą wsunął całą rękę i je nerwowo masował opuszkami już po nagiej skórze, próbując ukoić rozstrojone nerwy. Tak, to mu pomagało, dlatego to robił, kreśląc rozmaite wzory, poznając przy okazji nowe zakamarki jego apetycznego ciała. Nie widział w tym nic złego... oczywiście miał też nadzieję, że nie przesadzał i nie zgorszy tym swej drugiej połówki. Poza tym... nadal pozostawało stosunkowo niewinną pieszczotą, która była obecnie dla niego wybawieniem. — Jak się dowiedziałem, że z twoją mamą jest źle... dobrze wiedziałem jak się czułeś, mimo że wtedy nie byłem w stanie ci powiedzieć, co się stało z moją. Nie chciałem żebyś musiał przechodzić przez coś podobnego do mnie ani nie musiał dodatkowo tracić tak ważnej dla siebie osoby... Dlatego starałem się ci pomóc najlepiej jak mogłem... — uznał to za istotne, stąd o tym wspomniał, choć chrypa również się zaczynała uwydatniać, co zaś wynikało z suchości, jaka nasilała się wraz z następnymi wypowiedziami.
Wytrzymaj jeszcze troszkę... zaraz coś wypijesz. — dopingował sam siebie samego w myślach.
Koniec tego całego chaosu jest taki, iż ojciec postawił się szefowi mafii, w efekcie czego straciłem starszego brata... Ostatecznie trafił do więzienia, złapali go... Jedyne co dla nas dobrego zrobił, to zapewnienie bezpieczeństwa, przerobienie dokumentów i wysłanie nas w inną część świata. Tak trafiliśmy do Hope... — naturalnie podkreślił tutaj sarkastycznie swe słowa, ponieważ jego zdaniem mężczyzna narobił więcej szkód niż im pomógł, zatem nie potrafił nie brzmieć z nutką ironii w tym przypadku. — Nie dogadywałem się wcześniej z siostrą najlepiej, ale odkąd nasze życie wywróciło się do góry nogami... trzymamy się razem, pilnuję jej jak skarbu. Nie pozwolę, by ktoś ją skrzywdził... — skwitował już tak na koniec, wypuszczając z płuc ze świstem powietrze, aby nabrać je z łapczywością z powrotem. Musiał odpocząć, bo ta historia wypruła go z wszelkich sił. Sporo go to kosztowało. Zrobił kilka głębszych oddechów, nie przestając leniwie sunąć palcami wzdłuż jego pleców. — To głupie, ale nigdy nikogo nie całowałem ani tym bardziej nie... no wiesz... Bałem się kogokolwiek do siebie dopuścić... W każdym razie jak już, chcę tego jedynie z tobą... przeżyć swoje pierwsze razy... jesteś dla mnie wszystkim Waynie... — nie przeszłoby mu przez gardło przytoczenie słowa prawiczek; wstydził się to jasno określić. Na samą myśl aż go totalnie zmieszało. Jego twarz gwałtownie zaczęła przypominać buraka, na dokładkę wyglądał w tym momencie jak taka niewinna, nieśmiała kulka. Za to jakże urocza! — Kiedy stąd wyjdę... pójdziesz ze mną... na randkę...? Mam nadzieję, że niedługo mnie wypuszczą... aghh, jest tu coś do picia? Usycham. — to już było ostatnie, co do niego zasadniczo ledwie wymruczał. Nic się dlań nie liczyło, poza tymi fantastycznymi chwilami spędzanymi z miłością swojego życia. Yasin chłonął wciąż jego bliskość i się nią durzył niczym jakimś narkotykiem, którego łaknął coraz więcej i więcej. Nikt na tej planecie nie był w stanie go tak szalenie uszczęśliwić jak Wayne.

Wayne Worrell
Obrazek
BOGATE CV WHEN WE WERE YOUNG MUZYK Zainwestowałem/am w motor Gram na pianinie

Awatar użytkownika
22 y/o
177 cm
hello, it's me
Ciekawi cię, co siedzi obecnie w głowie Wayne'a? Yasin, studia, Yasin, "świat jest piękny", Yasin, ostatnia praca, Yasin, nowy sezon teatralny oraz Yasin.

I jeszcze trochę Yasina!

Post Wayne Worrell »

Nie mógł wyobrazić sobie innego scenariusza tych ciężkich dni oczekiwania na powrót Yasina do przytomności - musiał trwać przy nim uparcie, dzień czy noc, niezależnie od wszystkiego. Choćby tylko miał - tak jak w poprzednich dniach - patrzeć na jego piękną mimo trupiej bladości twarz, przerywać nieznośną ciszę monologami na każdy temat, jaki wpadł mu do głowy i czekać na jakąkolwiek poprawę jego stanu, chociaż wiedział doskonale, że Yasin nie wybudzi się, dopóki nie pozwolą na to lekarze. Po prostu musiał tu z nim być. Rozum kazał wrócić do mieszkania i odpocząć, wyspać się w końcu, ale serce nie potrafiło wybaczyć choćby jednej chwili spędzonej z daleka od ukochanego chłopaka. Gdy w końcu przemęczenie wygrywało z miłością i pragnieniem czuwania u boku dochodzącego do siebie przyjaciela, Wayne niechętnie opuszczał szpital i wracał do siebie, żeby zaczerpnąć przynajmniej odrobiny snu, ale wtedy natychmiast serce zaczynało go dręczyć wyrzutami sumienia. W każdym innym miejscu niż szpitalna sala, choć skąpana lodowatą bielą i tak potwornie nieprzyjazna, czuł się źle. Jakby zawodził najważniejszą osobę na świecie i swoje najszczersze uczucia. Czuł niewymowną potrzebę, żeby być tutaj z Yasinem, więc nie walczył z nią. Niewyspanie nie miało znaczenia, przecież każdą zarwaną noc można później odespać, prawda? Opuszczone zajęcia na uczelni to nic, w końcu zaległości można odrobić, zaliczyć - choć Wayne był zdania, że wieść o poważnym wypadku przyjaciela dla większości wykładowców powinna być wystarczający usprawiedliwieniem absencji. Życie może poczekać, kiedy w murach szpitala leży sens życia, tak cholernie potrzebujący bliskości i wsparcia. Nie miało dla Wayne'a znaczenia, że Yasin jest nieprzytomny. Trwał w wierze, iż do umysłu ukochanego docierają jego słowa, ale nawet gdyby tak nie było - czuł się bardziej potrzebny przy jego szpitalnym łóżku niż w domu, na uczelni, u rodziny albo w jakimkolwiek innym zwyczajnym dla niego miejscu. Przecież w każdej chwili mogło wydarzyć się coś ważnego! Lekarze mogli podjąć wcześniej decyzję o wybudzeniu go ze śpiączki, mogły pojawić się komplikacje wymagające kolejnych operacji czy drobniejszych zabiegów, mógł też pojawić się w sali ktoś bliski ukochanemu, kto będzie chciał z pierwszej ręki dowiedzieć się, co się dokładnie stało - Wayne zaś jako naoczny świadek mógł udzielić lepszej odpowiedzi niż pobieżnie poinformowane pielęgniarki. Był potrzebny. Czuł, że to tutaj jest jego miejsce.
Więc był. Trwał. Czekał.
Dziś wiedział, że to była najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć. Pierwszy uśmiech ukochanego po przebudzeniu należał do niego. Pierwsze słowo padło w jego kierunku. Pierwszy świadomy uścisk dłoni, spojrzenie, wyznanie, ruch, a nawet słodki pocałunek... Wayne chwytał każdy gest Yasina stęsknionymi zmysłami, czując, jak pod ich wpływem euforyczna radość z przytomności ukochanego wypełnia każdy skrawek jego duszy. To była najbardziej wyczekiwana i najpiękniejsza chwila od tygodnia - a za nią szły kolejne takie szczęścia: pocałunek, czułość, wyznanie, o usłyszeniu którego jeszcze przed paroma tygodniami Wayne nie śmiał nawet marzyć! Nie tylko odzyskał tego, któremu oddał serce. On zyskał go na nowo, w innym, wymarzonym charakterze - drugiej połowy, a nie tylko dobrego przyjaciela.
- O tak, to przeznaczenie... - odrzekł, a jego ton zabarwił się ciepłem, ale też i odrobinką rozbawienia nad przewrotnością losu. Tak długo karmił ich niepewnością i obawami! A w dniu, w którym mieli wreszcie przełamać strach i wyznać sobie uczucia? Postanowił zakpić z nich po raz kolejny i zabawić się w sadystę, ocierając Yasina o śmierć! Choć... może to nie była jedynie złośliwość życiowej fortuny? Może wyposażenie ich w tak bolesne doświadczenia było częścią większego planu, który miał przygotować ich do dojrzałego, szczęśliwego związku? Byli młodzi, niedoświadczeni, a zarazem szaleni i narwani - mieli predyspozycje do popełnienia wszystkich możliwych błędów życiowych, jakie można w życiu sercowym! Może to miało ich czegoś nauczyć - i nawet jeśli Wayne dalece nadinterpretował to, co spotkało jego wybranka, łatwiej było mu wierzyć, że to miało jakiś głębszy cel niż zadręczyć się poczuciem bezsensowności krzywdy, która go spotkała. - Staliśmy się ofiarami jego mocy, ale wiesz co? Jeśli niespodzianki od losu mają prowadzić mnie do takiego szczęścia jak w tym momencie, nie mam mu niczego za złe. I nigdy nie przestanę cię kochać.
Uśmiech na jego twarzy stężał nieco, wypchnięty przez łagodną, ale jednak powagę, gdy Yasin zdecydował się podzielić z nim historią swojego życia. Oczywiście, chciał dowiedzieć się o swej miłości jak najwięcej, poznać sekrety, zwłaszcza że gdy jasnowłosy zasugerował, że Wayne nie zna jego mrocznych sekretów... dotarło do niego, jak mało o nim wie! Nie miał oporów przed dzieleniem się z nim swoimi wspomnieniami, informacjami o rodzinie, doświadczeniach, planach czy marzeniach, Yasin tymczasem ograniczał wiadomości o sobie - a jeszcze kwadrans temu Wayne'owi wydawało się, że zna go doskonale! Ta świadomość uderzyła go chłodnym powiewem emocjonalnego otrzeźwienia. Lecz czy zmieniła cokolwiek?
Absolutnie nie. Był przekonany, że cokolwiek usłyszy na jego temat, nie zmieni to uczuć, które do niego żywi ani pewności, iż chce spędzić z nim resztę życia. Tego Wayne był pewny równie mocno, jak swojego nazwiska.
Targnęły nim pewne wątpliwości, czy ten moment był odpowiednim do tak poważnych wyznań: do długich i skomplikowanych opowieści o trudnej przeszłości oraz o pokręconej obecnej sytuacji życiowej... Yasin zaledwie przed chwilą otworzył oczy po kilku dniach utrzymywania w śpiączce farmakologicznej. Co prawda wyglądał i radził sobie znacznie lepiej niż Wayne spodziewał się od ciężkiej chwili wybudzenia - naoglądawszy się przeróżnych filmów i seriali, w których motywy wypadków, śpiączek czy innych dramatycznych przygód bohaterów były na porządku dziennym, sądził, iż Yasin będzie znacznie słabszy. Oczyma wyobraźni widział go charczącego niewyraźnie i zdyszanego po wypowiedzeniu kilku słów, tymczasem jak na kogoś po kilku dniach wymuszonego snu miał całkiem niezłe pokłady sił... powtórzył to sobie, oddalając o kolejne minuty wezwanie pielęgniarki. Wciąż miał poczucie, że robi coś nieodpowiedniego, ale nie chciał, by coś przerwało im teraz tę piękną chwilę, zresztą... Yasin ewidentnie chciał mu powiedzieć coś ważnego, więc nie mógł tak po prostu go uciszyć decyzją o zawołaniu personelu szpitalnego. Mogli jeszcze chwilę na to poczekać.
Raz jeszcze odwzajemnił jego pocałunek, po czym zamilkł na kilka długich minut, zmieniając się w żywe skupienie, zasłuchane w historii opowiadanej przez Yasina. Trwał tak w ciszy i względnym spokoju - w każdym razie fizycznym - i obejmował delikatnie ciało ukochanego, czując, jak przylega do niego w potrzebie zachowania bliskości. Postępował bardzo delikatnie, żeby nie urazić jego poharatanych żeber czy innych obolałych miejsc, ale dotykał go pieszczotliwie, raz gładząc po ramieniu, innym razem po prostu ściskając w palcach jego ciepłą dłoń. Widział, jak trudne są dla niego padające wyznania i podświadomie robił wszystko, żeby dodać mu w nich otuchy.
Zarazem z uwagą słuchał i przyjmował do wiadomości kolejne informacje, nie ukrywając pogłębiającego się zdumienia, które zmyło z jego twarzy uśmiech, powieki zaś rozszerzyło w wyrazie zaskoczenia. Uwierzył mu, mimo że historia brzmiała, jkby została wyrwana z filmu sensacyjnego. Wierzył w każde słowo ukochanego. Fałszywa tożsamość... ciemne interesy ojca... przemoc domowa... dramat z krzywdą i śmiercią matki w tle... drgnął odrobinę, gdy palce Yasina wsunęły się pod jego ubranie, dotykając bezpośrednio skóry i choć było to przemiłe uczucie, wyrwało go niespodziewanie z zadumania nad szokującymi informacjami, które zamieszały mu w głowie. Nie tego się spodziewał, przecież... on mówił naprawdę? Niestety - wyglądał na śmiertelnie poważnego. Na dłuższą chwilę jego wzrok padł na imponujący tatuaż, który zdobił skórę ukochanego. Był piękny, ale... jak wiele cierpienia kryło się pod jego tuszem? Ile blizn? Bólu, nie tylko fizycznego? Zimny dreszcz przeszył ciało Worrella.
- Ja... och, Boże. Nie spodziewałem się usłyszeć... tak wiele przeszedłeś! - wydusił z siebie w końcu, kiedy zdołał przynajmniej po trosze ogarnąć chaos, jaki zapanował w jego głowie. Potrzebował nieco czasu, by przespać się z tym, co usłyszał, w pełni zrozumieć, pojąć... ale nawet ta szalona historia nie była w stanie zniechęcić do go Yasina. Zamiast obaw, które mogły pojawić się w głowie po usłyszeniu o mafii, zmianach tożsamości i ukrywaniu się na jakimś zadupiu w odległych kątach Ameryki, poczuł jedynie ucisk w sercu. Ucisk spowodowany współczuciem, żalem i złością, że los musiał tak paskudne doświadczyć jego ukochanego! Każdy dźwiga na barkach swój własny krzyż, żeby w jakimś momencie życia upaść pod nim podczas najgorszej stacji swej osobistej drogi krzyżowej - ale dlaczego ten Yasina musiał być tak cholernie ciężki?! Gdzie choć pozory sprawiedliwości, pieprzony losie?! Dodał, starając się mówić łagodnie, choć między jego słowami przeplotła się cienka nitka zawzięcia. - To wszystko... obiecuję ci, że nigdy więcej nie spotka cię już nic złego, Yasin. Choćby cały świat zmówił się przeciwko nam, dam ci szczęście, na które zasługujesz bardziej niż ktokolwiek na tym cholernym, niesprawiedliwym świecie.
Następnego jego słowa wywołały już tylko delikatny uśmiech. Czym było niedoświadczenie seksualne w obliczu tragedii, jakimi życie usłało drogę jego ukochanego? Sam Wayne nie miał zbyt wielu doświadczeń na polu miłosnym, ale nigdy do niego nie spieszył. Wystarczyło kilka razy za młodzieńczych lat zasmakować pocałunków i intymnej bliskości, by przekonać się, że nie warto gonić za cielesnym spełnieniem, jeśli nie jest podszyte szczerym uczuciem. Wolał poczekać na tego, któremu odda swoje serce i... dziś już wiedział, że odnalazł odpowiednią osobę.
- Gdy tylko staniesz na nogi, pójdziemy na najlepszą randkę w życiu. I przeżyjemy razem coś pięknego... wszystko, na co będziesz miał ochotę. Będę... nie, już jestem cały twój - dodał, nie gubiąc już tego delikatnego, ciepłego uśmiechu. Złość na kapryśny los? Och, wróci na pewno, kiedy Wayne przekroczy próg szpitala, a myśli uderzą chaotycznym kłębowiskiem po tym wszystkim, czego dziś się dowiedział! Lecz to stanie się później. Teraz obecność Yasina działała kojąco. Widok jego pięknego oblicza, świadomość, że powoli dochodzi do siebie... i miłość! Ta mieszanka działała jak mur, który chronił serce Wayne'a przed dłuższym kontaktem z negatywnymi emocjami. - Właściwie... nie wiem, czy mogę ci cokolwiek, dać, ale...
Na szafce przy łóżku stała butelka z wodą i szklanka. Obok niej, na czystej podstawce został przygotowany też czysty wacik do nasączenia wodą, by delikatnie zwilżyć usta rekonwalescenta, ale tę opcję Wayne odrzucił. Yasin nie był tak słaby, by nie dać sobie rady z upiciem paru łyczków wody. Nie powinien zadławić się nią, więc Worell sięgnął po szklankę i w ćwierci napełnił wodą, obawiając się podać mu jej więcej - przynajmniej na początku.
- Proszę. Najwyżej dostanę później burę od lekarza, trudno! - zaśmiał się pogodnie, choć gdy zadał kolejne pytanie, nie brakło w jego głosie wyraźnej troski. - Może ci z tym pomóc? A jeśli nie czujesz się na siłach, mogę ci tylko zwilżyć usta.
Mógł pomóc mu się ostrożnie podnieść, potrzymać szklankę, ostrożnie ją przechylić, zwilżyć usta wacikiem... wszystko, czego Yasin potrzebował. Był tu dla niego, gotów pomóc ze wszystkim, czego mu trzeba.

Yasin Woodward

Awatar użytkownika
22 y/o
174 cm
hello, it's me
Wybudził się niedawno ze śpiączki i w końcu wyznał miłość Wayne'owi, którego kocha ponad życie i to z nim chce spędzić resztę życia. Poza tym nikt nie zna ani jego przeszłości, ani prawdziwej tożsamości poza siostrą i ukochanym Wayne'm.

Post Yasin Woodward »

Yasin był Wayne'owi dozgonnie wdzięczny za to dzielne trwanie u jego boku praktycznie non stop, kiedy wciąż leżał nieprzytomny i nie miał jak zareagować choćby w minimalny sposób. Umilał mu czas, a jego umysł mimo bycia w zawieszeniu chłonął z przeogromną fascynacją rozmaite słowa, które do niego mówił. Gdyby nie tkwił w śpiączce, sam zapewne by mu kazał wrócić do swojego mieszkania, aby ten nieco się zregenerował, coś zjadł, byle przypadkiem gdzieś po drodze w tym wszystkim sam siebie nie zaniedbał. Ani przez sekundę nie czuł, że ten go jakkolwiek zawiódł. To zrozumiałe, że każdy potrzebuje czasem chwili odpoczynku, zwłaszcza w tak trudnych okolicznościach. Nie miałby mu zupełnie za złe, że nie mógł być przy nim nieustannie. Ba, w życiu by aż takiego poświęcenia nie śmiał od niego wymagać! W końcu jak każdy miał swoje własne potrzeby. To co dla niego Wayne dotychczas robił poruszało jego sercem mocniej, czym był niezwykle wzruszony, mimo że nie było tego długo po nim widać. Właściwie dość smutne jest to, iż Yasin aktualnie nie ma zbytnio nikogo, kto by chciał go odwiedzić — poza ździebko młodszą od siebie siostrzyczką. Naturalnie zapamiętał również jej obecność, może nie przychodziła w odwiedziny tak często jak jego ukochany, ale widać było, iż się o niego martwiła i była równie zaniepokojona jego stanem. Za to teraz... blondyn może mu się za wszystko odwdzięczyć z nawiązką i nadrobić wszelkie zaległości. Ponadto stworzyć wraz z nim wręcz nowe wspomnienia, ponieważ od dzisiaj... wszystko miało wywrócić się do góry nogami, a ich relacja wejść na znacznie wyższy poziom.
Zobaczenie twarzy swojej drugiej połówki tuż po przebudzeniu było najpiękniejszym widokiem jaki mógł uświadczyć po dużo dłuższym śnie niż zwykle. O niczym innym nie marzył! Każdy jego zmysł jak i najdrobniejsza komórka ciała były tak samo go spragnione jak on jego. Z serdecznym uśmiechem na ustach pokiwał twierdząco głową, zgadzając się z nim w pełni. Nie widział potrzeby w dodawaniu tutaj czegokolwiek.
Och, mam identyczne odczucia! A ja ciebie... — skomentował jedynie drugą część wypowiedzi Wayne'a. Niezależnie od jego reakcji na rewelacje jakimi zaraz miał go zasypać... sam był absolutnie pewien swych uczuć do niego. To bezsprzecznie nie polegało podważeniu. Stał się dla niego całym światem, pokochał go szczerze, co go utwierdziło w tym, że trafił na odpowiednią osobę i z nikim innym nie chce być. Do nikogo nie poczułby czegoś tak silnego, bo tylko on do niego dotarł, tylko on przedarł się przez ten mur obojętności, który w odruchu obronnym niegdyś stworzył z lęku. Gdzieś w głębi w dalszym ciągu trzymał się w nim ten durny strach, że jak Worrell pozna te mroczniejsze fakty z jego życia, zmieni o nim ostatecznie zdanie mimo swych zapewnień. Jednak nie chciał go wiecznie trzymać w niewiedzy. Było to nie w porządku wobec niego, kiedy on dzielił się z nim każdym elementem, a on o sobie niemal nic mu nie zdradzał. Z tego względu go to tak boleśnie ściskało, a zarazem czuł nasilone wyrzuty sumienia niesprawiedliwości tego, jak niewiele dawał mu w zamian... Zatem podjął się tego, gdyż... nie miał zasadniczo nic do stracenia.
Skąd on raptem wziął tyle energii mimo wyrazistego osłabienia, sam nie wiedział... Być może był to krótkotrwały zastrzyk adrenaliny, byle mieć siły wcześniej wyznać miłość, a następnie opowiedzieć mu swoją historię, co zdecydowanie za długo przed nim utajał. Musiał to uczynić czym prędzej. Inni bynajmniej nie muszą tego o nim wiedzieć. Tylko on jest dla niego kimś wyjątkowym i to właśnie z nim potrzebował się tym podzielić. Rozrywało go to od środka; chciał to z siebie wywalić, by móc odetchnąć z ulgą i uspokoić swoją znękaną, pełną wątpliwości duszę. Nie bał się już niczego. Po wyduszeniu z siebie ostatnich zdań, zmęczenie dało o sobie dosadniej znać, choć nie od razu to po sobie okazał. Pragnął jak najdłużej nacieszyć się bliskością ukochanego, dopóki całkiem nie opadnie z sił... dopiero wtedy będzie mógł wezwać do niego pielęgniarkę. Będąc w jego ramionach czuł się bezpieczniej, cieplej... był mniej przerażony. Wyczuwalnie go uspokajał, a jego delikatny dotyk kojąco na niego wpływał. Wystarczyło samo to, że go obejmował, odwzajemniał pocałunki i nic się więcej dla niego nie liczyło... Rozluźniał się bardziej, czując jak się z nim czule obchodzi i uważa na poszkodowane ciało. Przede wszystkim... chłopak nie odtrącił jego dłoni, gdy wsunął ją pod koszulkę i zaczął swą mozolną wędrówkę po nagich plecach. Najmniejsze troski z niego diametralnie wyparowywały i mimo trudności w wypowiadaniu niektórych rzeczy, czuł jego oparcie, którego tak cholernie w tej chwili potrzebował.
Wydaje mi się, iż nikt by się czegoś takiego nie spodziewał usłyszeć... Odkąd się w tobie zakochałem po uszy, toczyłem wewnętrzną walkę sam ze sobą, bo bardzo chciałem być wobec ciebie szczery... a jednocześnie miałem opory, że to co usłyszysz cię zwyczajnie ode mnie odrzuci... — wydukał jeszcze lekko drżącym tembrem, ale gdy tak na niego patrzył, nie zauważył ani zdegustowania, ani innych negatywnych odczuć, które sugerowałyby, że miałby go przez to do siebie zniechęcić. Szok i niedowierzanie były tutaj normalne, toteż jego pojawienie się na przystojnej twarzy Wayne'a wcale nie dziwiło Yasina. Słysząc te piękne słowa, przestał mieć jakiekolwiek opory, które wyparowały z niego bezpowrotnie. Po wzięciu kilku głębszych oddechów kontynuował to, czego nie dokończył. — ... raczej większość by mnie skreśliła, dlatego trzymałem to przed innymi w tajemnicy, panicznie bojąc się zranienia... ale dla ciebie postanowiłem zaryzykować i to z siebie wyrzucić. Nie wyobrażasz sobie... jak mi ulżyło! — skwitował z jawnie zaszklonymi oczami. Nigdy nie był bardziej szczęśliwy jak w tym cudownym momencie. Pozwolono mu wrócić do ukochanego, który go nie odrzucił, nawet mimo poznania jego ciężkiej przeszłości. Czego chcieć więcej? Największe marzenie tej dwójki się spełniło... mogą oficjalnie być razem. Obietnice, które mu składał... pieściły jego uszy, uskrzydlały. Gdyby mógł, rozpłynąłby mu się w objęciach! — Waynie... jakie to kochane... Jesteś najwspanialszy, wiesz? Zostałeś mi chyba zesłany niczym anioł z nieba... jak nic! Mimo mojego bagażu, jaki muszę dźwigać po dziś dzień zaakceptowałeś mnie w pełni... Dziękuję ci... za wszystko! — rozkleił się na amen nie mogąc powstrzymać łez, które mimowolnie poczęły spływać po jego rozgrzanych od przesytu emocji policzkach. Z tej radości ujął twarz Worrell'a w obie ręce i przymykając nieznacznie powieki wpił się w jego usta mocniej, przylegając do nich na parę bitych sekund, by znów się od nich oderwać, tym razem z donośnym cmoknięciem. Podkreślił tym słodkim gestem swą wdzięczność. Końcówką nosa począł lekko przesuwać to w lewo to w prawo po nosie chłopaka tak go uroczo jakby miziając. Wyłapując jego uśmiech, samoistnie kąciki jego ust poszły wyżej. Było już po wszystkim, a Yasin zasłużył sobie na należyty odpoczynek.
Oby jak najszybciej! Nie mogę się już doczekać. Na pewno będzie idealnie. To... zapraszam cię do wykwintnej restauracji na naszą pierwszą randkę! Skoro jesteś cały mój... to ja cały twój. — wprawdzie Woodward przeważnie sprawiał wrażenie raczej chłodnego, tak naprawdę jest nadzwyczaj wrażliwą, a do tego romantyczną jednostką. Z przyjemnością pokaże tę stronę swemu ukochanemu! Nie puszczał jego policzków, które z większą intensywnością gładził opuszkami palców, zaś kciukami sięgał odrobinę dalej i nimi najbardziej operował. Tyle doznanych wrażeń, po których nieźle go wysuszyło. Czekał cierpliwie na to, aż Wayne dostarczy mu czegoś do picia. Sam w sumie nie miał pojęcia co mogą, a czego nie, ale... szczerze się nad tym nie zastanawiał. Był zbyt szczęśliwy, by takie drobnostki miały zakrzątać jego umysł. — Nie przejmuj się tym... powiem mu, że to ja cię o to poprosiłem! Mogę dostać burę za nas obu. — sam zachichotał z tej wizji jaka mu się nasunęła. Nie chciał, by oberwało się Wayne'owi. Był gotów stanąć w jego obronie! Odebrał od niego szklankę, acz nim cokolwiek zrobił, usłyszał pełne zmartwienia słowa chłopaka. Drugą dłoń usadowił na jego piersi nie chcąc tracić z nim kontaktu fizycznego. — Nie trzeba słońce, dam radę! — zapewnił go wesoło, po czym na dowód ostrożnie przytknął szklaną krawędź do wyraźnie spierzchniętych warg. Nawilżył je przy okazji, upijając parę porządniejszych łyków. Pragnienie jednak było tak uporczywe, że wprost opróżnił tę ćwiartkę wody w stosunkowo błyskawicznym tempie. Oj, chyba nadal za mało... — Myślę, że możesz mi jeszcze trochę dolać... — spojrzał na niego błagalnie, wskazując nieznacznym ruchem głowy na butelkę stojącą na szafce obok łóżka. Przekazał mu z powrotem naczynie z utrzymującym się na jego facjacie promiennym uśmiechem. Nagle Yasinowi zrobiło się jakoś tak słabo... Bądź co bądź sporo energii kosztowały go te wszystkie zwierzenia. Nie spostrzegł się jak bezwładnie opadł plecami na poduszkę, krzywiąc się na tak gwałtowną wiotkość swego ciała. Nieukrywanie go ogółem dzisiejszy wzmożony wysiłek wyczerpał i skutki tego koniec końców go bezczelnie dopadły. W trakcie lotu zdążył zacisnąć palce na ubraniu Worrell'a, przez co niechcący go szarpnął w swoją stronę. Na szczęście zamortyzował to jakoś. Tak, że jego chłopak łagodnie na niego runął nie robiąc mu przy tym krzywdy.
O nie, nie, nie, nie... nie teraz... proszę, nie zostawiaj mnie... przytul i pocałuj... — wyjąkał nerwowo roztrzęsionym, spłoszonym głosem brzmiąc z deka chaotycznie, lecz szło zrozumieć przekaz jaki usiłował zawrzeć. Nie czuł się na tyle tragicznie, by koniecznym było zawołanie personelu szpitalnego. Chciał, by to on się nim na razie zaopiekował i obsypał choćby garstką pieszczot, zanim zmuszony zostanie stąd wyjść... Wpatrywał się intensywnie prosto w jego ciemne tęczówki swoimi błyszczącymi oczami, kurczowo trzymając go za bluzkę. Resztką sił wyciągnął doń drugą rękę i objął go nią za szyję. Na więcej nie było go stać. Cóż, zawsze... coś. Ów manewr miał mu pokazać jak bardzo nie chce, by go póki co opuszczał...

Wayne Worrell
Obrazek
BOGATE CV WHEN WE WERE YOUNG MUZYK Zainwestowałem/am w motor Gram na pianinie

Awatar użytkownika
22 y/o
177 cm
hello, it's me
Ciekawi cię, co siedzi obecnie w głowie Wayne'a? Yasin, studia, Yasin, "świat jest piękny", Yasin, ostatnia praca, Yasin, nowy sezon teatralny oraz Yasin.

I jeszcze trochę Yasina!

Post Wayne Worrell »

Mimo że usłyszenie tych wszystkich szalonych, niby wyrwanych z serialu sensacyjnego opowieści o gangsterskich powiązaniach ojca Yasina, jego brutalności wobec członków rodziny czy konsekwencjach działań ojca, które spadły na Bogu ducha winnego ukochanego... mimo całego zdumienia, żalu i poczucia niesprawiedliwości, jaka dotykała go bez przerwy, poczuł też przyjemne połechtanie gdzieś w głębinach podświadomości. Delikatne, prawie niezauważalne muśnięcie zadowolenia, że Yasin zaufał mu na tyle, by wyznać cała prawdę na swój temat. Dawno już spostrzegł, że jego wybranek rzadko opowiada o sobie, a jeśli to robi - ogranicza wyjaśnienia raczej do ogólników, bez podawania konkretów. Wolał dopasować się do jego skrytości i przestał dopytywać się o jego życie, ciesząc się każdym ziarenkiem informacji, które Yasin dawał mu każdego dnia, choć nie było to wiele. Niemniej nigdy nie naciskał, nie zmuszał, wychodził bowiem z założenia, że jeśli przyjaciel - choć teraz już ktoś znacznie bliższy sercu! - kiedyś sam zechce podzielić się z nim swoimi tajemnicami, zrobi to w momencie, który uzna za odpowiedni dla siebie... ale pożerała go ciekawość! Bo kto nie interesowałby się sekretami osoby, do której serce wręcz wyrywa się z piersi?
Dziś ciekawość została wreszcie zaspokojona, zarazem czyniąc Wayne'a kimś, kogo Yasin obdarzył szczególnym zaufaniem. Poczuł się wyjątkowy, nie tylko za sprawą wyznania miłości, które zalało go falą szczęścia, ale i dzięki czynom - a konkretnie, temu jednemu, co odkrył przed nim prawdziwą twarz ukochanego chłopaka. Odkrył, ale nie wystraszył i nie wzbudził żadnych podejrzeń, bo niby dlaczego, prawda? Może wielu uznałoby to za skrajną naiwność i głupotę, ale Wayne ani myślał podważać prawdomówność Yasina. Ufał mu bezgranicznie - ufnością piękną, młodzieńczą i pogłębioną przez uczucie, które często przysłania zdrowy rozsądek. Nie sądził, by ktokolwiek chciał kłamać w tak ważnych sprawach. Po co? By podkoloryzować swoje życie? Ludzie o zdrowych zmysłach tego nie robią, a tym bardziej nie da się działać z taką perfidią i rozmysłem, kiedy leży się bez sił w szpitalnej sali, z połamanymi żebrami i tuż po wybudzeniu z kilkudniowej śpiączki farmakologicznej. To nie miejsce na żarty lub kłamstwa. Okoliczności zmyły z umysłu Wayne'a jakiekolwiek znamiona podejrzliwości. Wierzył w każde słowo Yasina, kierując się uczuciem, zaufaniem oraz intuicją, która rzadko go zawodziła. Powiadają, że to kobiecy dar, którego mężczyźni często są pozbawieni, ale ten pierwiastek kobiecości otrzymał w prezencie po swojej matce - czasem podświadomość wbrew rozsądkowi nakazywała mu zaufać drugiemu człowiekowi, innym razem zaś zachować czujność, mimo że sytuacja nie wzbudzała żadnych podejrzeń. Chłopak zwykle działał w zgodzie z tymi szeptami nieuchwytnej koleżanki i nigdy jeszcze się na tym nie zawiódł. A w przypadku Yasina intuicja nie wygłaszała żadnych ostrzeżeń. Nie straszyła, nie kłuła w kark igiełkami niepokoju. Wręcz przeciwnie! Zdawała się popychać Wayne'a w ramiona tej pięknej tajemnicy o jasnych włosach i zniewalającym uśmiechu, jakby chciała przekazać, że jest tego wart. Że jeśli Wayne mu zaufa, zyska coś niezwykłego, co obdarzy go szczęściem i... dziś nic nie wskazywało, by miała się pomylić. Kryminalna przeszłość rodziny wcale nie wystraszyła Worrella, bo przecież to tylko przeszłość, którą Yasin dawno miał za sobą - a za to miłość, której rozkwit czuło się w całej sali, jakby rozweseliła nagle ponurą biel ścian i pościeli była tą nagroda, jaką intuicja obiecywała mu w zamian za okazanie przyjacielowi zaufania. Zyskał coś pięknego, czego nie da się podrobić. Ach, ta intuicja, jak zawsze nieomylna!
- Za bardzo cię kocham, żeby jakaś mroczna przeszłość mogła mnie od ciebie odsunąć, zresztą... nie jesteś odpowiedzialny za to, co robił twój ojciec, dlaczego miałbym cię z tego rozliczać? Liczysz się ty. Tylko ty. A ja... nie wiedziałem, o twojej przeszłości, ale zdążyłem cię dobrze poznać i wiem doskonale, jak wartościowym człowiekiem jesteś. Byłbym głupcem, gdyby moje postrzeganie zmieniło się przez coś, na co nigdy nie miałeś wpływu - odpowiedział, sunąc palcem wzdłuż jego gładkiego policzka, by wytrzeć błyszczący szlak utarty przez łzy, a gdy Yasin znów złączył w pocałunku ich usta, odwzajemnił tę pieszczotę, dając myślom odfrunąć gdzieś w dal. I może dobrze się stało, że wiedzę o przeszłości Yasina uzyskał dopiero dzisiaj, kiedy już dawno jego serce zostało owładnięte przez tego wspaniałego człowieka - bo Wayne nie dostrzegał w nim niczego, co mogło zaburzyć tę niepodważalną w jego oczach wspaniałość. Kto wie, jak by się potoczyły ich losy, gdyby Yasin zebrał się na szczerość na samym początku, kiedy dopiero się poznali? Być może wtedy Wayne by się wycofał, obawiając się wejść w relację z kimś o tak obciążonej problemami przeszłości. Ale nie teraz, gdy gorące uczucie wyznaczało rytm jego serca, a przede wszystkim - kiedy już wiedział, z kim ma do czynienia i nie mowa tu o historii sięgającej Półwyspu Koreańskiego, tylko o osobowości Yasina. Jego charakterze, wrażliwości, przyjaznym, choć tajemniczym usposobieniu, dobrym sercu i całej masie cech drobnych i drobniejszych, jakie składały się na obraz osoby, której warto zadedykować każde uderzenie swojego serca.
Plany pierwszej randki zostawił na później, teraz z pełną uwagą skupiając się na napojeniu ukochanego i choć mogło się wydawać, że poświęca temu aż nadto uwagi - sądził, że powinien. Nie był pewny, czy w ogóle dobrze robił, dając mu szklankę z wodą i pilnował, by ewentualnie złapać naczynie, gdyby Yasin nie miał sił jednak przytrzymać go lub gdyby wymsknęło mu się z rąk i miało zawartością zmoczyć pościel. Patrzył też, czy na pewno chłopak daje sobie radę z piciem, czy nie zakrztusi się - był gotów w każdej chwili interweniować, pragnąc dopilnować zdrowia i spokoju swojego ukochanego. Odetchnął z ulgą dopiero gdy Yasin oddał mu naczynie, prosząc o więcej - i już miał sięgnąć po butelkę, żeby napełnić je kolejną niedużą porcją wody, ale wtedy, gdy palce Wayne'a zacisnęły się na szklance, zauważył kątem oka, jak chłopak opada bezwładnie na pościel i natychmiast odstawił szklankę na szafkę, w pośpiechu czyniąc to dość nieostrożnie, aż naczynko zachybotało się niebezpiecznie, choć w końcu nie upadło, uniknęło rozbicia. Wayne zaś nie zwrócił na nie nawet uwagi, natychmiast poddając się silne, która pociągnęła go w dół i tym samym pochylając się nad Yasinem. Cała uwaga ponownie skupiła się na nim, a serce zabiło z niepokojem.
- G-gorzej się poczułeś? - zająknął się i automatycznie, bez namysłu delikatnie otoczył Yasina ramieniem, a palce drugiej dłoni zanurzył w jego włosach, gładząc palcami perłowe kosmyki. Złożył krótki, łagodny pocałunek na jego bladym czole. - Jestem tutaj, spokojnie... ale... może potrzebujesz pomocy? Może jednak kogoś wezwać?
Był rozdarty między poczuciem odpowiedzialności, które popychało go ku znajomemu przyciskowi do wezwania pielęgniarek, a potrzebą łapania tej chwili, gdy byli sami, po raz pierwszy jako coś więcej niż tylko przyjaciele... gdy chował w swoich ramionach poobijane ciało ukochanego i czuł, że to on powinien teraz wynagrodzić mu ból i osłabienie, być przy nim i zaopiekować się tak, jak najlepiej potrafił. Na razie ulegał sercu, nie rozumowi. Trwał sam przy Yasinie, w napięciu i niepokoju przyglądając się jego ciemnym oczom i delikatnej, urodziwej twarzy. Był gotów natychmiast zareagować i wezwać pomoc, ale na razie tylko patrzył i gładził łagodnie jego włosy.
- Nie zostawię cię... zawsze będę przy tobie - dodał ciepłym półszeptem i wydął usta w subtelnym uśmiechu. Czuł, że Yasin potrzebuje tych zapewnień, tego ciepła i bliskości, a sam... bardzo chciał mu je dawać.

Yasin Woodward